Pokazywanie postów oznaczonych etykietą huśtawki nastrojów.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą huśtawki nastrojów.. Pokaż wszystkie posty

2.07.2015

Szara Strefa.

Czy miewacie wrażenie, że z czasem - niepostrzeżenie,zdradziecko - osunęliście się do czegoś w rodzaju Szarej Strefy? Miejsca na obrzeżach Żywota Normalnego, które jednak trochę jest w stosunku do tak zwanej Normy przesunięte, trochę ma odmienne prawidła, a już na pewno odmienny sens i kłopoty? 

Coś, czego nie da się zobaczyć, ale na pewno da wyczuć. Niewygrzebywalne, a wywęszalne. Myślałam o tym dzisiaj w poczekalni szczecińskiej Kliniki Psychiatrycznej. Choć raczej to była kontynuacja wielkiej refleksji z ZUS-u. Albo, ewentualnie, z taksówki krakowskiej, kiedy panu kierowcy podałam adres wielkiej, znanej kliniki wyspecjalizowanej w głowie. „Czy widać, że jestem nienormalna?” 
Kierowca był bardzo miły. „Jest miły, bo WIE, czy dlatego, bo nie wie?” . 

Kiedyś, kiedy wracałam taksówką po późnonocnej sesji zszywania skutków żyletkowego posiedzenia [bardzo niemiły zespół medyczny], inny taksówkarz zapytał, czy dyżur był ciężki. Roześmiałam się z ulgą, mimo, że miałam za sobą kilka godzin autentycznej ekspozycji i poniżenia. Nie wie. Mogę iść do domu, do pracy. Nie widać.


Ludzie specjalnie traktują świrów. Warto choćby zwrócić uwagę, ile jest w naszym języku odniesień do takich stanów, przeważnie w przekleństwach, w werbalnych odrzuceniach [odniesieniach - jak worek odniesiony do śmietnika]. To jest coś, czego nikt nie chce, i nie dziwota; ale również nikt nie rozumie. Boją się. My się boimy. Nawet, jeśli ktoś wypracuje sztuczną akceptację, która się charakteryzuje niezaskoczoną miną i kontynuacją konwersacji, kłamie. 
Do obciętej nogi można się przyzwyczaić, zwyczajnie brzydka, ale z powodu "dziwnej fazy", na dodatek u każdego przebiegającej odmiennie, odrzucony zostanie borderlinowiec przez borderlinowca, schizofrenik przez schizofrenika. Sama nie rozumiem innych zaburzonych ludzi. Boję się ich, mam wrażenie, że mnie przejrzą na wylot, to znów, że mi zagrażają. Są równie źli i przetrąceni, chaotyczni, jak ja. Oj, parafrazując klasyków, wypierdalam, bom znużon.

Świrolandia leży nieco na uboczu. Składa się z tych, co zapadli w towarzyskie lasy. Na pierwszy rzut oka przeważnie całkiem zdrowi, atrakcyjni i zadbani, takie marnotrawstwo..! Zupełnie dobre ciała, dewastowane i psute dziwnymi mózgami. Szkoda. Nie wiadomo, jak podejść do ludzi tego rodzaju. Nie wiadomo też, jak rozmawiać z wszystkimi innymi po tym, gdy się sytuacja zmienia, gdy zajeżdża człowiek półświadomym transportem na Oddział Zamknięty albo zalewa krwią całe mieszkanie i przychodzą ratownicy medyczni. Jeszcze o tym nie wiesz, ale już zrobione: trafiasz na listę ludzi ze Strefy. Droga powrotu przyblokowana świadomością, że istnieje też Coś Innego. 

Ludzie ze Strefy dają się pielęgniarkom głaskać po policzku i słuchają zapewnień, że wszystko będzie dobrze. Ludzie ze Strefy przetrącają karki, trzymając się za własny. Ludzie ze Strefy nie wiedzą, co jest pięć, ale wiedzą, co jest dziesięć. 

Trudno powiedzieć, czy to się zaczyna przedtem, czy po. Pewnie raz tak, raz tak. W każdym razie trafia człowiek do lekarza - pewnie żeby osiągnąć jakikolwiek poziom refleksji, powinien zgłosić się sam - i Słyszy. Zaczyna zmuszać się do rozmowy na wskroś nienaturalnej, dyskusji pomiędzy mentorem a przejrzystym niewiniątkiem, psychoterapeutą a sobą samym. Nic już nigdy nie będzie tak dzikie, nieświadome, jak było. I lawina ; ciekawość, psychologiczne fora, pierwsze diagnozy, reakcje na pożal się Boże objawienie tego typu; „przecież ja się tak nie zachowuję, chyba ich…!!” 

Przemiany w osobistym siebie obrazowaniu. Powoli odchodzi człowiek od tego, co kiedyś stanowiło sedno żywota. Nie ma już tamtych wytycznych, bo i być nie może, zostały zabrane przez wszystkie nastroje, akty autoagresji, wymyślne pijaństwo i sposób myślenia, którego nikt nie jest w stanie znieść łącznie z osobistym producentem. Trzeba się jednakowoż czegoś chwycić, więc się desperacko szuka innych ludzi. Do „zwykłego” towarzystwa nie ma już startu albo go mieć trudno, więc się wchodzi głębiej między tymczasowo skłopotanych. "Zrozumieją, ja ich zrozumiem". Bez Dodatkowych Okoliczności często wcale byśmy się nie spotkali. 
Rozmawia się o psychologii i terapeutycznych nurtach, chodzi się do lekarza i łyka tabletki, o których działaniu i nazwach jest się wkrótce w stanie powiedzieć więcej niż niejeden farmaceuta [tak samo o skutkach ubocznych i co się dzieje, jak się przedawkuje]. Wszystko się wykrzywia. Takie już zostaje, zostanie. 

Jak ktoś uwalnia się spomiędzy Skłopotanych, pozostaje po nim pasmo żalu pomiędzy kibicowaniem. „Jemu się udało, a mnie jeszcze nie?” 

W Oddziałach, na terapiach się tworzą specyficzne, ochronne mikroklimaty. Każdy każdego o wszystko pyta zupełnie otwarcie. Każdy mówi o swojej nadopiekuńczej matce i emocjach sprzed dziesięciu minut. Pozbywamy się wstydu z powodu porozpieprzanych zasad, poobsrywanych szans. Już nie nieudacznik, teraz po prostu chory psychicznie - szybko wyciągamy z sytuacji swoje ulgowe traktowanie, jakąkolwiek korzyść. Potem trzeba się z takiego ciepłego miejsca wymiksować. Pierwsza wizyta "na zewnątrz" boleśnie stawia przed oczami to, co się udało przez wspólność z innymi świrami tymczasowo od siebie odrzucić: własną cholerną nieudolność, żal. 

"Co u ciebie?" 
W Szarej Strefie możesz odpowiedzieć, że się starasz o przyjęcie na słynny oddział terapeutyczny, czemu nie ;  w tej rzeczywistości to jest w porządku, posiadasz sensowne plany. Na Zewnątrz lepiej o tym nie opowiadać. To znaczy możesz, fizycznie jesteś do tego zdolny, ale raczej wprowadzisz do rozmowy konfuzję i posmak porażki niż cokolwiek innego. Gdyż z punktu widzenia Świata Zewnętrznego nie dzieje się u ciebie nic wartego wzmianki, ba, jest to coś wartego ziemianki w lesie. Jesteś chory. Choroba to bandaże, zapach suchej gazy, słabość, mętne oczy. Fuj, zabierz to ode mnie daleko, a tymczasem chodź na imprezę, napijmy się kolorowo, bądźmy sukcesywni. Opowiem ci o moim nowym związku i o radiowym wystąpieniu, chcesz posłuchać? Zależy mi na twojej opinii.
… A ty tęsknisz za czasami, gdy też mogłeś tak się odezwać i tylko planujesz samobójstwo, gdyby już nigdy więcej podobna historia nie wydarzyła ci się przed trzydziestką. 

To historia miarodajna pod warunkiem, że są jeszcze normalsi, do których się możesz wkręcić na imprezę. Bo prawda tak wygląda, że im dłużej w Strefie, tym bardziej rzeczy i zajęcia niegdyś prozaiczne wydają się nieosiągalne. Święty Graal, praca. Utopia, związek. Legenda, samodzielne mieszkanie. 


-Ma pani rodzeństwo?
- Nie.  - duża twarz rozciąga się ku dołowi, zbyt rzadkie ciasto. Powietrze w szarym pokoju się robi jeszcze bardziej nieruchome, bezpośrednia ilustracja twojej sytuacji. 
-Taka tragedia dla rodziców. ..  - usta skrzywione mniej dynamicznie niż do splunięcia, ale odcień podobny. Nie masz co na to odpowiedzieć, głównie wstyd się wspina po nogach i po płucach płacz, ale przecież nie będziesz się upokarzać przed jakąś kobietą, co nawet ze swoim zafajdanym, medycznym tytułem wygląda jak worek ziemniaków  [całe szczęście, że się nie umalowałaś,wyglądasz dziś źle, znaczy tak, jak powinna wyglądać nieszczęsna osoba w twoim gównianym położeniu]. 
-…więc właśnie chcę przestać być dla rodziców tragedią i przejść terapię, do czego potrzebny mi zasiłek rehabilitacyjny - rzebrzesz. 


Kobieta Ziemniak każe ci się przejść środkiem gabinetu w bieliźnie. 
- Nie ma pani problemów z chodem? - mówi głosem, który sugeruje, że właściwie szkoda, wtedy wnętrze i zewnętrze byłoby do siebie przynajmniej dopasowane, zero straty. - Taka ładna dziewczyna - komentuje, a jest to komentarz ewidentnie negatywny. Jakaś cicha satysfakcja.

Psychiatra, z którą pracuję od przypadku do przypadku, orzekła, że to nieprofesjonalne. Ale to nie Kobieta Ziemniak siedziała w dzień roboczy u psychiatry, tylko ja. Nie Kobieta Ziemniak jechała potem na oddział dzienny miejscowej kliniki ze skierowaniem, żeby na nią popatrzyli z tym daleko - bezpiecznym, pacjentowsko- nieudacznikowskim przełożeniem, tylko ja jechałam i na mnie patrzyli. Oddział dzienny, żeby do reszty się nie osunąć w stagnację i cierpienie, bo nudno, bo pusto, bo nie umiem normy. 
Tylko szybko mnie kwalifikujcie, bo przecież mam wielkie plany, za niecałe dwa miesiące wyjeżdżam do innego szpitala. Tour de Pologne. Bijcie się o mnie, jestem dobrym badawczym materiałem. Niechaj wygram casting na zjeba, zobaczcie, jestem naprawdę fajna, kolana mi się dobrze prostują pod wpływem nienagannych odruchów i trafiam palcem w nos, kiedy oczy zamknę.


W miejscowych szpitalu, katedrze, klinice pracują wysoko postawieni znajomi moich rodziców. Są wszędzie. Mama na głos wyraża zdziwienie, że nie spodziewała się pana X. w roli głowy oddziału. Zastrzega zaraz, że nie dziwi się z mojego powodu, tylko ogólnie. Ja natomiast wiem, że skoro pomyślała, by zastrzec, że nie dziwi się z mojego powodu, to właśnie znak, że dokładnie coś takiego przyszło jej do głowy. 


Wyszliście już z Szarej Strefy? Byliście? Jesteście? Znacie ją?

4.12.2014

O irytacji i o wyobraźni.

Wyobraźnia-wacik na sznurku połknięty przez bulimiczkę, kolorowe mleko wyrzygane na płótno, kleksy: minizorza polarna, skurcze i pot zimny, ciało w chińskie osiem,a nogi się trzęsą. Wyciągam długie jelita z ust szeroko otwartych i owijam wokół pięści, potem na łokciu. Istny kabel od odkurzacza starej generacji, kiedy jeszcze nie można było nacisnąć guzika, żeby wessało ten kabel pod obudowę, bo brzydki.
Przyjemnie skupiona, zarazem przeżywam konwulsje; słodka ślina cieknie. Obrzydliwe, ale fascynujące: "jak ty to robisz" [nie wiem]. I zaraz nowe skurcze, ale brudną partię całego procesu mam zamkniętą w komórce pod schodami. 

*

Dwa tygodnie przeżyłam na nowych lekarstwach jako człowiek wesoły, miły i towarzyski, z nadzieją na długą remisję i pewną ulgę, a przed chwilą znowu poczułam przemożną irytację. Rozmawiałam z klientką w galerii i po prostu nagle pstryk, mlaskanie tej kobiety po każdym wypowiedzianym słowie zaczęłam słyszeć głośniej niż cokolwiek innego.. .  Taka irytacja ta w zależności od natężenia potrafi skutecznie spieprzyć każdą sekundę, uczynić koszmarnymi, dożynającymi, niemożliwymi interakcje z innymi ludźmi ["ależ pani sympatyczna...!!" ]. Rezygnacja i bezsilność, nie chcę tego znowu, nie przed świętami, nie po takim krótkim oddechu, cholera!

30.04.2014

I'd like to...

Chciałabym tutaj pisać dalej. Kwestia polega na tym, że są momenty, gdy myślę : "rozpocznę wielki projekt! Pomogę wielu ludziom! Rozpowszechnię swoje doświadczenia - o, jakież one będą przydatne! Zaangażuję się w nurt 'uświadamiający'! Bedą ze mną robić wywiady..! Będą..." - i tutaj przychodzi inny czas.
Nagle podnoszę głowę znad książki i widzę wszystko całkiem odwrotnie. Świat zwalnia. Nie czuję już sensu w rozpowszechnianiu tej historii. Po co? To przecież nic ciekawego. Za słabe, przecież nie obcięłam sobie głowy tarką do sera, c'nie?  Poza tym lęki: ktoś, ktogo absolutnie nie chcę, może czytać to wszystko*. Poza tym to nie ma sensu w ogóle, to tylko nudne pieprzenie. Nie mam siły. Siebie nienawidzę. Nie.. nie... nie... .
Potem czynię nocne posiedzenie piwne.
Następnie wszystko zaczyna się od nowa.

Nie wiem, w jaki sposób mogłabym utrzymać regularne notowanie tu. Akurat jestem na etapie piwnego posiedzenia. Za oknem drze się ptak, co mi przypomina takie poranki dawno temu w Anglii. Czas przeskakuje i pozwalam mu na to z rozkoszą, bo tak naprawdę to jest wszystko, co absolutnie należy do mnie.


* EDIT : weszłam tu ze świeżym spojrzeniem i rzuciło mi się w oczy, jak to sformułowanie wygląda. Więc prostuję - nie chodzi o Was wszystkich, którzy to czasem czytacie [z zaprzyjaźnionych forów, na przykład]. Was witam z prawdziwą przyjemnością i wdzięcznością. Chodzi raczej o kogoś z zewnątrz, o kim wiem, że ten adres samowolnie odgrzebał. Tego człowieka tutaj nie chcę. 

18.02.2014

Drunken musings.

Trwa nowy rok. Zawsze to traktowałam symbolicznie, aczkolwiek być może nie ma takie podejście wielkiego sensu. Zawsze wszystkie "okazje" traktuję symbolicznie. W zasadzie wręcz magicznie. "Żeby było dobrze, musi Sylwester być wyjątowy". "Żeby się zdarzyło, co chcę, muszę w absolutnie amerykański sposób spędzić Walentynki".

Ostatnimi czasy czterokrotnie sprawdzam drzwi, gdy po skończonym dniu pracy zamykam galerię, a także cztery razy dotykam gazowych kurków, zanim wyjdę z domu. Ludzi jest wokół mnie mniej, a zarazem i więcej. Mniej filguję swoim złym przyzwyczajeniom, a może jedynie inaczej. Straciłam serce [tak się mowi?] do uświadamiania ludziom metod myślenia "odpałów". W zasadzie straciłam serce do bycia systematyczną. Serce to mięsień, perpetuum mobile.

Jestem pijana, gdy to piszę, więc nie zdziwcie się, jeśli będzie notatka nieco bez sensu.

11.11.2013

O się przywiązywaniu do miejsc.


[Notatki z 8/07/013 - zmieniłam pokój na inny w obrębie tego samego mieszkania. To wprawiło mnie w panikę, odrealniła się przestrzeń, autentycznie widziałam całe mieszkanie jako zupełnie inne, obce miejsce. Zlały się ze sobą strony, nie rozpoznawałam terenu ani zapachów wnętrza. Minął ponad miesiąc, nim przywykłam ponownie mimo, że technicznie to były przenosiny na drugą stronę korytarza]. 


To nie jest już teraz prawdziwa kawa. 
To nie jest już teraz prawdziwy pokój [ani nie-pokój, choć tu akurat mowa o pomieszczeniu].

To nie jest już teraz, to nie jest już teraz.

Obwąchałam pomieszczenie, które zostawiam. Zrobiłam to na pożegnanie. Tyle się tam wydarzyło - i miłość, i całe miesiące uwięzienia, i mało nie umarłam - a jednak wszystkie historie wyparowały, gdy tylko zabrałam swoje rzeczy z szafek w zeszły piątek. Tak, jakby pokój miał własny mechanizm obronny, a było nim natychmiastowe wypieranie ze ścian, z trzewi [z Kamiennych Tablic, Na Których Wyryto] zapisu zdarzeń pozostawionego kolejno przez wszystkich lokatorów. 

Pootwierałam szuflady małej, ciemnej szafki. Nigdy się nie domykała, wyglądała, jakby ją kto przetrącił, a jednak mieściła wszystko. Kosmetyki. Na tym polu nie został po mnie żaden ślad [inaczej, niż w nowym pokoju, gdzie wkładałam do płytkiego brzucha nowej szafki swoje buteleczki i tubki i cały czas ziała ta szafka olfaktoryczną makietą po innej dziewczynie, która przez dwa lata dzień w dzień robiła zapewne dokładnie to samo, sortowała kremy i toniki; syzyfowe prace]. 

Szuflady zaczęły już proces powracania do swojej pierwotnej nuty - klej, sklejka. Brązowe Wonie Sztuczne, choć się wydają naturalne, bo oswoiły je pozostałości mnóstwa ludzkich głaskań. Szuflada druga - farby i kadzidła. Czuję kadzidła. Tak, ta ma nutę zmienioną, ta mnie pamięta. Pewnie lubiła trzymać w brzuchu te kolorowe drobnostki, teczki z gładkiej skóry, pędzle o subtelnym włosiu. Trzecia szuflada miała w sobie dokumenty i [raz przez chwilę,]bandaż z odciskami boleści: moją współczesną chustę Weroniki, choć nazywam się inaczej. W tej szufladzie gazetowa chrupkość, sklejkowy syntetyk, więcej nic. 


Półki, na których leżały ubrania - to samo. Jeśli węszyć staranniej, wychwytuje nawet czlowiek coś, co można też znaleźć w czeluści mieszkania kawalera albo w szafie kolonijnej. Nie jest to nieprzyjemne, raczej wielokrotne. Wiadomo od razu, że mieszkało tu wiele setek rozmaitych ubrań i że ta przestrzeń nie była tylko moja. Z wierzchu proszek do prania, godziny na słońcu, suchość i nieomal krochmal; pod tą warstewką różnorodność podróżnika. Papierosy i welurowe obicia kanap, trochę obrzydliwe od częstego używania. Przestwór obcości. W  barku pierwotnie przeznaczonym na alkohole leżała zawsze czysta bielizna pościelowa i tam jedynie utrzymała się iluzja spokojnego, letniego popołudnia w domu dziadków; trawa, płótno mocno nasłonecznione, trochę dobrego zmęczenia po deszczu. Moje ręczniki w meblościance. Jeszcze nigdy przedtem nie mieszkałam z meblościanką. W "Seksie w wielkim mieście" pisarka Carrie trzymała swetry w piekarniku. Zaskakujące, jakie głupie pomysły wymusza na człowieku mały metraż. 


Materac ma moje ślady na sobie i sama nie wiem, czy być z nich dumna, czy nie; rude kapnięcia. To po nocy z przekroczoną granicą. Krew była wszędzie, ale z podłogi dało się ją wytrzeć, ze ściany też, ubrania wyrzuciłam, a materac już taki został. Następna lokatorka, widziałam ją, dziewczynka lat dziewiętnaście zmierzające ku trzynastu - czysta buzia, niepozorna, za rękę tatuś i siostrzyczka - ona pomyśli, że to sok porzeczkowy albo kawa i nakryje całość prześcieradłem w różowe kwiatuszki. "Szmata", słyszę w głowie. Chcę to słowo wytrząsnąć, ale nie sposób; poczucie winy, "przecież jej wcale nie znasz!" , a ostatnie "sz" płynnie przechodzi w "szmataszmataszmata".


Gruba, fakturowana zasłona wzdyma się na oknie. Zakrywa te wszystkie fantastyczne neony w oddali, rozbryzgi świetlne przy zachodach słońca. Lubiłam ten pejzaż, był właśnie tak tandetny, jaki zapamiętałam jeszcze z innego świata poprzednich czasów. Neony w kształcie napisów "Centra" i "Marriott", różowy i czerwony na granatowym niebie, bo zawsze był wieczór i wtedy, i teraz; pełznące autobusy ze światłami kierunkowskazów jak lampki choinkowe. Właściwy kierunek, żeby zwrócić twarz i pośledzić, skąd przylatuje mnóstwo maleńkich samolotów. Gdzieś tam jest rzeka, suchy piasek jak z dzieciństwa, spacery z psem i wielka, upojna euforia. I obcość, dużo obcości. Ten widok z okna to wszystkie resztki, ktore mi zostaly po rozpirzonych dawnych strukturach. Ruiny smaczniejsze od oryginału. 

Sznur do bielizny przeciągnięty między gwoździami wbitymi w ścianę. Zrobiłam tak, żeby mieć szafę. Byłam z siebie bardzo dumna wtedy. Kupiłam ten sznur w markecie budowlanym, jeszcze absurdalnie słaba po Złych Czasach, choć sądziłam, że wyglądam doskonale. Pamiętam, że musiałam przystawać, chodząc pomiędzy regalami, i kłaść na ziemi zakupowy koszyk. Wracając do domu dyszałam jak po maratonie, zwyczajna siła zniknęła kompletnie, została wybita, wytrzęsiona i zamazana. Zawiązywałam ten niebieski sznurek na groszkowej ścianie i czułam się jak na survivalu. Przeżyłam i nawet konstruuję, myślałam. Ale to był dopiero początek. 

Tamten pokój zawsze miał w sobie jakąś przyjemną maślaność, a może ja go takim zrobiłam. Załagodziłam mu wszystkie barwy. Stał się kremowy, ecru, złoty i żłótawy, delikatny i lniany. Wszystko tam zgadzało się ze sobą. Nie miał ostrych krawędzi, mimo, że przecież roiły się od nich wszystkie meble. Jak się szybko otworzyło drzwi, pachniał czysto. Mydłem, jakie babcia dawała mi na działce , by zmyć błoto ze stóp. Nagrzana wanienka pełna wody z beczki, liście łopianu, pomidory i żaby. Szeroka przestrzeń, pola z kłosami. Psychodeliczne barwy podniebne. 

W pokoju zamykałam drzwi na złotą klamkę i byłam u siebie.Dojrzewałam zawinięta w czerpany papier. Ten pokój mnie utulił. Teraz muszę go oddać komuś innemu, może tej dziewczynce z warkoczem [nigdy tak nie wyglądałam, nie w tym wieku!]. Ona mu pewnie odda dobrą energię, nie to, co ja, szarpane wzloty i upadki, wycie i destrukcja, ekscytacja, wszystko intensywne do kości do kości tak bardzo, że już nie ma siły później nawet na zwykłe życie. 

Ona ci to odda, pokoju. Ja już nie mogę do ciebie wchodzić, nie jesteś mój. Czuję się tam jak w całkiem innym budynku i obcym miejscu, od kiedy rozebrałam materac z pościeli.