Pokazywanie postów oznaczonych etykietą huśtawki nastrojów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą huśtawki nastrojów. Pokaż wszystkie posty
12.12.2014
Sytuacje połączone pomidorami.
Od czasu do czasu myję jasne buzie białym szafkom kuchennym. Tym razem miały na policzkach pomidorowe pestki . Żyłoby się nam lepiej, gdyby szafki były jednak innej rasy.
*
[Myśl uboczna, a raczej po-boczna wizja, gdy obserwowałam towarzystwo ze świata LGBT] szczupła lesbijka pieści miękką cipkę jak dojrzałe pomidory; przydusza palcami, obejmuje miłośnie, wyciska sok.
*
Jem pomidora jak jabłko i idę ulicą szybko, bo mam na dziewiątą umówioną wizytę u lekarza, a jest jakaś dziewiąta pięć.Zawsze się tego lekarza trochę wstydzę, w zasadzie bardziej, niż gdybym się tam miała rozbierać. Psychiatria to strasznie niekonkretna dziedzina: jak można przepisywać kolejne chemikalium tylko na podstawie "jest gorzej", "jest lepiej"? Za dwieście lat ludzie będą się chwytać za głowy tak samo, jak my na widok wzmianki o sprzedawanym kiedyś bez recepty syropie przeciwbólowym z kokainą.
Lekarz ma na sobie sweter zamiast zwyczajowej marynarki i parującą kawę rozmiaru jumbo obok komputera. Może zaspał. Zawsze zaskakuje mnie rozmiar jego dłoni, bo jak na nieźle zbudowanego faceta ma je wyjątkowo małe. Małe i kobiece. Może mu się wypłukały od wiecznego dezynfekowania albo od krajania trupów na studiach.
Zaczynam opowiadać o pewnej sprawie, której przedtem nie zgłaszałam. Mówię swobodnie. Kończę i zalega cisza, czuję tę ciszę jako ciężką do zniesienia i dosyć karcącą. "Czy zawsze pani tak ma?" - pyta lekarz.
Jak?
"W ciągu krótkiego czasu przeszła pani od zadowolenia, przez gniew,do płaczu.Nakręciła się pani w ciągu kilku minut.Czy zawsze pani tak miała?" Nie znoszę wyrażenia "się nakręcać", ale przytakuję,bo to prawda.
"Terapia poznawczo - behawioralna się kłania. Ma pani potencjał, żeby dobrze funkcjonować. Jest taki moment, zanim się coś powie, kiedy można się temu jeszcze przyjrzeć. U pani jest on krótki, ale polecam obserwować nastroje i to, co chce pani powiedzieć, przeglądać klatka po klatce...". Mówił coś jeszcze dalej, ale ja już wskoczyłam do kadzi pełnej poniżenia, skrępowania, wstydu, irytacji. Po prostu nie mogłam odpowiedzieć. A wal się z tym swoim potencjałem!
Przez chwilę siedzieliśmy, ja przygięta do krzesła wszechmocną bańką z ołowiu i gorącego szkła, on - a bo ja wiem, co sobie myślał..?
Zamknęłam emocjonalne żaluzje antywłamaniowe, spróbowałam przełknąć mieszaninę z kadzi [nie dało się]. Wstałam dalej w tej bańce, głos znacznie bardziej miękki i uprzejmy,dziękuję bardzo, do widzenia, położyłam pieniądze na biurku i wyszłam. Nie mam pojęcia, co takiego właściwie zrobiłam, ale on też pożegnał mnie znacznie chłodniej niż zwykle.
*
[Zza okna tramwaju] Na oślep przez tory sadzi mały człowieczek z siatką pełną pomidorów. Jest pękaty i południowy w kolorycie, na twarzy - groteskowy wręcz wyraz "dążenia do". Biegnie na przystanek. Pewnie chce do żony i dzieci, bo na "do pracy" jest już za późno.
4.12.2014
O irytacji i o wyobraźni.
Wyobraźnia-wacik na sznurku połknięty przez bulimiczkę, kolorowe mleko wyrzygane na płótno, kleksy: minizorza polarna, skurcze i pot zimny, ciało w chińskie osiem,a nogi się trzęsą. Wyciągam długie jelita z ust szeroko otwartych i owijam wokół pięści, potem na łokciu. Istny kabel od odkurzacza starej generacji, kiedy jeszcze nie można było nacisnąć guzika, żeby wessało ten kabel pod obudowę, bo brzydki.
Przyjemnie skupiona, zarazem przeżywam konwulsje; słodka ślina cieknie. Obrzydliwe, ale fascynujące: "jak ty to robisz" [nie wiem]. I zaraz nowe skurcze, ale brudną partię całego procesu mam zamkniętą w komórce pod schodami.
*
Dwa tygodnie przeżyłam na nowych lekarstwach jako człowiek wesoły, miły i towarzyski, z nadzieją na długą remisję i pewną ulgę, a przed chwilą znowu poczułam przemożną irytację. Rozmawiałam z klientką w galerii i po prostu nagle pstryk, mlaskanie tej kobiety po każdym wypowiedzianym słowie zaczęłam słyszeć głośniej niż cokolwiek innego.. . Taka irytacja ta w zależności od natężenia potrafi skutecznie spieprzyć każdą sekundę, uczynić koszmarnymi, dożynającymi, niemożliwymi interakcje z innymi ludźmi ["ależ pani sympatyczna...!!" ]. Rezygnacja i bezsilność, nie chcę tego znowu, nie przed świętami, nie po takim krótkim oddechu, cholera!
Przyjemnie skupiona, zarazem przeżywam konwulsje; słodka ślina cieknie. Obrzydliwe, ale fascynujące: "jak ty to robisz" [nie wiem]. I zaraz nowe skurcze, ale brudną partię całego procesu mam zamkniętą w komórce pod schodami.
*
Dwa tygodnie przeżyłam na nowych lekarstwach jako człowiek wesoły, miły i towarzyski, z nadzieją na długą remisję i pewną ulgę, a przed chwilą znowu poczułam przemożną irytację. Rozmawiałam z klientką w galerii i po prostu nagle pstryk, mlaskanie tej kobiety po każdym wypowiedzianym słowie zaczęłam słyszeć głośniej niż cokolwiek innego.. . Taka irytacja ta w zależności od natężenia potrafi skutecznie spieprzyć każdą sekundę, uczynić koszmarnymi, dożynającymi, niemożliwymi interakcje z innymi ludźmi ["ależ pani sympatyczna...!!" ]. Rezygnacja i bezsilność, nie chcę tego znowu, nie przed świętami, nie po takim krótkim oddechu, cholera!
17.11.2013
Nieedytowany, surowy post emocjonalny [marudzenie?]
Czuję się ciężka i nieprzejrzysta. Śmieję się, i to jest takie, jak wykute w cemencie. Zawsze pod wszystkimi przejawami tkwi zmęczenie. Umysł jak fiszki na tych dawniejszych tablicach dworcowych: wybija godzina i szszszsz, wymieniają się miejscami tysiące małych prostokątów [na każdym cyfra lub litera]. Tasują się jak karty, każdy we własnej przegrodzie. Trudno ułożyć z tych znaków sens czy zapamiętać je na dłużej. Tak mam z myślami i skojarzeniami dzisiaj. Obraz- zapach-sytuacja-miejsce, szszszsz, ale co...?
Dzieje się wiele w Świecie Realnym, ale na raze nie mam sposobu, żeby złapać moje fiszki, oprawić je i opisać. Jestem po prostu pomiędzy nie wrzucona.
Nie mam ochoty kąpać się, układać włosów, robić makijażu, dobierać ubrań. Ledwo docieram do pracy na czas. Wydzieram z siebie jakieśtam przejawy kreatywności. Nie wiem, gdze jestem. Nie mam sił się odzywać, ale czuję się też samotna, więc chciałabym. Rozmawiam z takim kompletnym echem: te rozmowy i tak mnie nie zapełniają, są rozdzierające.
Coś się zmienia, emocje przechodzą z wnętrza na zewnątrz. Doktorek mówi :"kolejna faza terapii". Mówi rownież, że jeśli będę się nadal zachowywać tak, jak teraz, zawsze już zostanę sama. Albowiem mam niezmiernie wysokie wymagania w stosunku do bliskich [nigdy nie myślałam, że one są wysokie!] . Myślę czarno - biało. Tysiące razy czytałam o tym zjawisku i zawsze mówiłam w duchu, co za absurd, jakim cudem ci ludzie nie wiedzą, że robią coś tak głupiego? Tymczasem okazuje się, że funkcjonuję w systemie biegunowym, i to jeszcze jak! Byłam taka niesamowicie cwana, że umknął mi prosty fakt : gdyby ludzie zaburzeni mogli widzieć, że są zaburzeni, nie byliby więcej zaburzeni, bo mogliby realnie ocenić swoje zachowania, wyłapywać mechanizmy i opracować je odpowiednio. Robię więc wiele rzeczy, nad których opisami kiwałam głową z dezaprobatą, i dopiero obcy człowiek - spec-uświadamia mi to powoli.
Skrajnie reaguję na najmniejsze choćby [lub wyimaginowane] elementy opuszczenia. Nawet idiotyzmy w stylu "umawiam się z kimś na rozmowę online, po czym ten człowiek daje znać, że jednak nie może" są dramatem. O, wtedy od razu go nienawidzę! Tak strasznie! [A naprawdę idę rozpaczać].
I smętny paradoks : przez całe życie pewna byłam, że ze mnie taki świetny obserwator! Tymczasem wyszło na jaw - obserwuję wyłącznie wewnątrz własnych, sztywnych ustaleń. Nie wykraczam poza nie. Ba, nie mam wręcz pojęcia, że jest cokolwiek poza nimi! Poważnie, nie rozumiem tego wszystkiego. Doktorek tłumaczy, a ja czuję, że to [na razie] wykracza poza moje zdolności pojmowania. Rozumiem wyrazy, którymi on się posługuje, ale całość interpretacji sprawia tylko, że kolory się nagle przejaskrawiają, pole widzenia kurczy, a ja przestaję słyszeć/zapamiętywać słowa. Panika, lęk i puste miejsce.
I najnowsze odkrycie, które mnie wręcz dobiło - posługuję się innymi lub zbyt dosłownymi znaczeniami pojęć. Ja, taka dumna z własnej bezbłędnej polszczyzny! Rację miała wykładowczyni z uniwersytetu, która powiedziała kiedyś, że łączę wyrazy jak obcokrajowiec. Oto, dlaczego. To nie oryginalność, tylko przeciwnie.. .
Na razie nie wiem, jak z tego wszystkiego budować. Jestem zgubiona i zasmucona. Nastrój typu: "kto mi powie, co robić, kto mi wytłumaczy, kto zaopiekuje się mną odpowiednio?"
Terapia męczy; po raz pierwszy od jej rozpoczęcia myślałam o tym, by zrezygnować. Ta robota, to całe grzebanie-się-w, jest wyczerpująca i nigdy nie ustaje. Kiedy byłam jeszcze nieświadoma, żyło mi się lepiej. Z daleka nikt nie potrafił zauważyć, jak bardzo jestem [wybaczcie brzydki kolokwializm] rozjebana. Tak, roz-je-ba-na. A teraz to widać, bo emocje się wylewają.
Wpadłam w pełną panikę ze słowotokiem u fryzjera, bo mieszanka, którą sporządzono, wydawała mi się granatowozielona [nie była taka w ogóle]. Fryzjerka stwierdzila, że następnym razem weźmie kilka tabletek uspokajających, zanim zacznie się zajmować moimi włosami,i mi też da.
Wpadłam w panikę u kosmetyczki - farbowała mi rzęsy henną, piekło, kazałam zmywać, strzeliłam monolog. Piekielny klient.
Rozbiłam kafel na ścianie w łazience [kopnęłam w obudowę wanny, stłukł się].
Byłam dla niektórych ludzi paskudna, a teraz za nimi tęsknię.
Czuję się.... czuję się zupełnie sama, mimo, że realnie na to patrząc nigdy nie bywam sama. Och, kurwa, to się nigdy nie zmieni? Nie chcę już mieć usterki osobowości. Chciałabym być kompletnym "normalsem", kobietą dyskutującą o makijażu i ekscytującą się przecenami kiełbasy wiejskiej w hipermarkecie. Chciałabym mieć to całe przyziemne, mięsiste życie.
Dzieje się wiele w Świecie Realnym, ale na raze nie mam sposobu, żeby złapać moje fiszki, oprawić je i opisać. Jestem po prostu pomiędzy nie wrzucona.
Nie mam ochoty kąpać się, układać włosów, robić makijażu, dobierać ubrań. Ledwo docieram do pracy na czas. Wydzieram z siebie jakieśtam przejawy kreatywności. Nie wiem, gdze jestem. Nie mam sił się odzywać, ale czuję się też samotna, więc chciałabym. Rozmawiam z takim kompletnym echem: te rozmowy i tak mnie nie zapełniają, są rozdzierające.
Coś się zmienia, emocje przechodzą z wnętrza na zewnątrz. Doktorek mówi :"kolejna faza terapii". Mówi rownież, że jeśli będę się nadal zachowywać tak, jak teraz, zawsze już zostanę sama. Albowiem mam niezmiernie wysokie wymagania w stosunku do bliskich [nigdy nie myślałam, że one są wysokie!] . Myślę czarno - biało. Tysiące razy czytałam o tym zjawisku i zawsze mówiłam w duchu, co za absurd, jakim cudem ci ludzie nie wiedzą, że robią coś tak głupiego? Tymczasem okazuje się, że funkcjonuję w systemie biegunowym, i to jeszcze jak! Byłam taka niesamowicie cwana, że umknął mi prosty fakt : gdyby ludzie zaburzeni mogli widzieć, że są zaburzeni, nie byliby więcej zaburzeni, bo mogliby realnie ocenić swoje zachowania, wyłapywać mechanizmy i opracować je odpowiednio. Robię więc wiele rzeczy, nad których opisami kiwałam głową z dezaprobatą, i dopiero obcy człowiek - spec-uświadamia mi to powoli.
Skrajnie reaguję na najmniejsze choćby [lub wyimaginowane] elementy opuszczenia. Nawet idiotyzmy w stylu "umawiam się z kimś na rozmowę online, po czym ten człowiek daje znać, że jednak nie może" są dramatem. O, wtedy od razu go nienawidzę! Tak strasznie! [A naprawdę idę rozpaczać].
I smętny paradoks : przez całe życie pewna byłam, że ze mnie taki świetny obserwator! Tymczasem wyszło na jaw - obserwuję wyłącznie wewnątrz własnych, sztywnych ustaleń. Nie wykraczam poza nie. Ba, nie mam wręcz pojęcia, że jest cokolwiek poza nimi! Poważnie, nie rozumiem tego wszystkiego. Doktorek tłumaczy, a ja czuję, że to [na razie] wykracza poza moje zdolności pojmowania. Rozumiem wyrazy, którymi on się posługuje, ale całość interpretacji sprawia tylko, że kolory się nagle przejaskrawiają, pole widzenia kurczy, a ja przestaję słyszeć/zapamiętywać słowa. Panika, lęk i puste miejsce.
I najnowsze odkrycie, które mnie wręcz dobiło - posługuję się innymi lub zbyt dosłownymi znaczeniami pojęć. Ja, taka dumna z własnej bezbłędnej polszczyzny! Rację miała wykładowczyni z uniwersytetu, która powiedziała kiedyś, że łączę wyrazy jak obcokrajowiec. Oto, dlaczego. To nie oryginalność, tylko przeciwnie.. .
Na razie nie wiem, jak z tego wszystkiego budować. Jestem zgubiona i zasmucona. Nastrój typu: "kto mi powie, co robić, kto mi wytłumaczy, kto zaopiekuje się mną odpowiednio?"
Terapia męczy; po raz pierwszy od jej rozpoczęcia myślałam o tym, by zrezygnować. Ta robota, to całe grzebanie-się-w, jest wyczerpująca i nigdy nie ustaje. Kiedy byłam jeszcze nieświadoma, żyło mi się lepiej. Z daleka nikt nie potrafił zauważyć, jak bardzo jestem [wybaczcie brzydki kolokwializm] rozjebana. Tak, roz-je-ba-na. A teraz to widać, bo emocje się wylewają.
Wpadłam w pełną panikę ze słowotokiem u fryzjera, bo mieszanka, którą sporządzono, wydawała mi się granatowozielona [nie była taka w ogóle]. Fryzjerka stwierdzila, że następnym razem weźmie kilka tabletek uspokajających, zanim zacznie się zajmować moimi włosami,i mi też da.
Wpadłam w panikę u kosmetyczki - farbowała mi rzęsy henną, piekło, kazałam zmywać, strzeliłam monolog. Piekielny klient.
Rozbiłam kafel na ścianie w łazience [kopnęłam w obudowę wanny, stłukł się].
Byłam dla niektórych ludzi paskudna, a teraz za nimi tęsknię.
Czuję się.... czuję się zupełnie sama, mimo, że realnie na to patrząc nigdy nie bywam sama. Och, kurwa, to się nigdy nie zmieni? Nie chcę już mieć usterki osobowości. Chciałabym być kompletnym "normalsem", kobietą dyskutującą o makijażu i ekscytującą się przecenami kiełbasy wiejskiej w hipermarkecie. Chciałabym mieć to całe przyziemne, mięsiste życie.
20.10.2013
Nie umiem spokoju.
Niedziela jest obecnie jedynym dniem, który mam wolny.
Zrobiłam to specjalnie.
Tak bardzo jestem przyzwyczajona do Struktur Narzuconych, że bez nich zaraz wyłazi chaos i panika.
Właściwie powinnam napisać : "jesteśmy przyzwyczajeni" - my, współcześni ludzie. Od najmłodszych lat do czegoś się nas wszystkich zmusza. Przedszkole, długie lata edukacji, praca, obowiązki towarzyskie. Narzucone odgórnie godziny funkcjonowania, kierunki działania, hierarchia, jaką należy poważać. Wszędzie się sławi zalety wolności czy wyboru [lub wręcz jednego i drugiego], ale to cholerny paradoks, bo taka rzecz jak wybór po prostu nie jest dana. Bo są inni ludzie, inne obowiązki, potrzeba przynależności. Można się wściec raz czy drugi, trzy razy albo cztery rozpierdolić życie własne i cudze, ale gdzieś jednak należy koniec końców spróbować zapuścić korzenie.
Ja próbuję. Siatka Elementów Koniecznych została, po dwóch latach ciężkiej pracy, niemalże odbudowana. Znalazłam Miejsce, Przyczynę i Ludzi Coraz Bliżej. Generalnie trwa spokój.
- Gdybyś miała określić napięcie, parę pod czajnikiem na co dzień, jak duże byłoby? - zapytał ostatnio psychiatra [notabene najbardziej ekscentryczno - wiarygodny spec, do którego kiedykolwiek trafilam]. - No, szybko. Sto to największa wartość, dziesięć - najmniejsza. Ile?
-Nie wiem, nie wiem - wiłam się na krześle.
-Jak to, nie wiesz. Ile było wczoraj w pracy? A teraz ile jest?
- Teraz pewnie z osiemdziesiąt, bo siedzę w pańskim gabinecie i to mnie stresuje. Wczoraj... no tak, mam teraz nowe obowiązki, więc dziewięćdziesiąt? Sto? Właściwie co dzień to oscyluje między siedemdziesiąt a sto. Siedemdziesiąt, osiemdziesiąt, sto, siedemdziesiąt, sto, osiemdziesiąt.... - pokazywałam mu ręką, jak się wspina rollercoaster. Góra, dół, wartość pośrednia.
- A więc sto, to nie jest dla ciebie sto - podsumował psychiatra, wstając i uruchamiając ekspres do kawy. Używał kubków o designie bardzo a propos: wyglądały jak zgniecione pięścią w złości.
Pewnie. Jeśli co dzień się przeżywa napięcie maksymalne, ono powszednieje. Można do niego przywyknąć. Nie zna się wtedy innego działania, niż takie pod presją, ze wszystkimi reakcjami przerażonego organizmu. Kiedy ciśnienie maleje, człowiek sam kreuje sytuacje, które je podniosą. Bo chce wrócić do "środowiska", które zna i potrafi czytać. Logiczne.
Jest niedziela, w mieszkaniu spokojność. Mała Kuzynka siedzi obok na kanapie i czyta. Wygląda bardzo domowo, całkiem owinięta kocem. Trochę posmarkuje, bo ktoś przywlókł infekcję jesienną i rozkichał, więc teraz snujemy się wszystkie z mętnymi oczkami jak dzieci w przedszkolu. Współlokatorka A. pichciła przed chwilą kotlety. Pachną przepysznie, trochę po babcinemu. W łazience suszy się pranie. Płyn do płukania - czystość, chrupkość. Uchylony balkon, dobry wiatr, bo dzisiaj dosyć ciepło. Drzewo Gauguina [tak je nazwałam - przypomina rośliny, które Gauguin malował na swoich wyspiarskich obrazach] łysieje cichutko. Widać je z balkonu. Różowawe chmury, autobusy z oddali. Można jeść wieczór, spokojnie przygotować się na jutro.
Więc dlaczego, dlaczego, dlaczego tak niesamowicie mnie "nosi"? Taki swędzący niepokój. Wrażenie, że albo zrobię zaraz coś nieobliczalnego, albo oszaleję. Wyszłabym z domu i poszła wędrować nocą. Działoby się dużo i gęsto, działoby się źle, miałabym gdzie wlać te swoje sprężone emocje, które się produkują znikąd! Wepchnęłabym je gdzieś, a potem bym o nich zapomniała ze wstydu. Poszłabym kupić piwo, żeby mnie otumaniło.
Irytacja taka, że trudno przebywać z ludźmi [ale rozumiem mniej więcej, co się ze mną dzieje, więc naprawdę pilnuję, żeby nie oberwało się nikomu. To nie ich wina]. Pusto i drażniąco, mimo, że wszystko jest na miejscu. Nie odezwę się do nikogo, mimo, że potrzebowałabym chyba czegoś od innych ludzi.... ale czego konkretnie? Mają mnie przytulać? Żadnych pytań, to na pewno. Nie ma być realnego świata, takiego z przerażającymi zadaniami. Chciałabym magii - żeby mnie ktoś zaciągnął do swojego hermetycznego świata pełnego fajerwerków i poprowadził, i napchał na ciasno historiami. Gdybym już byla w tym świecie, po czasie niedługim zaczęłabym wiercić się przyduszona i warczeć, i pluć tymi cudzymi kolorowościami, bo gdzie miejsce dla moich słów? Wiem, że byłoby tak, ale dążenie, które w tym momencie włazi mi na głowę, jest przemożne.
Mam pięć lat, potrzebuję płakać. Nie mogę płakać, nie ma bodźców. Wciąż przeprocesowuję najnowsze odkrycie, jakie poczynilam już dawno, a ujrzałam w pełnej krasie kilka dni temu [nie jestem gotowa, by mowić o tym].
Nic nie rozumiem, więc zapalę papierosa, choć kompletnie nie mam na niego ochoty. Zaraz doznaję plastycznych wizji gnijącego uzębienia. Ale ten dym:
a)pachnie jak coś z przeszłości, co pamiętam jako dobry czas;
b)przywędzi mnie i kiedy poczuję mdłości, na nich się właśnie skupię, nie na tym, co myślę. A taka chwila rzadkiego odpoczynku bez mózgu na wagę jest złota.
Zrobiłam to specjalnie.
Tak bardzo jestem przyzwyczajona do Struktur Narzuconych, że bez nich zaraz wyłazi chaos i panika.
Właściwie powinnam napisać : "jesteśmy przyzwyczajeni" - my, współcześni ludzie. Od najmłodszych lat do czegoś się nas wszystkich zmusza. Przedszkole, długie lata edukacji, praca, obowiązki towarzyskie. Narzucone odgórnie godziny funkcjonowania, kierunki działania, hierarchia, jaką należy poważać. Wszędzie się sławi zalety wolności czy wyboru [lub wręcz jednego i drugiego], ale to cholerny paradoks, bo taka rzecz jak wybór po prostu nie jest dana. Bo są inni ludzie, inne obowiązki, potrzeba przynależności. Można się wściec raz czy drugi, trzy razy albo cztery rozpierdolić życie własne i cudze, ale gdzieś jednak należy koniec końców spróbować zapuścić korzenie.
Ja próbuję. Siatka Elementów Koniecznych została, po dwóch latach ciężkiej pracy, niemalże odbudowana. Znalazłam Miejsce, Przyczynę i Ludzi Coraz Bliżej. Generalnie trwa spokój.
- Gdybyś miała określić napięcie, parę pod czajnikiem na co dzień, jak duże byłoby? - zapytał ostatnio psychiatra [notabene najbardziej ekscentryczno - wiarygodny spec, do którego kiedykolwiek trafilam]. - No, szybko. Sto to największa wartość, dziesięć - najmniejsza. Ile?
-Nie wiem, nie wiem - wiłam się na krześle.
-Jak to, nie wiesz. Ile było wczoraj w pracy? A teraz ile jest?
- Teraz pewnie z osiemdziesiąt, bo siedzę w pańskim gabinecie i to mnie stresuje. Wczoraj... no tak, mam teraz nowe obowiązki, więc dziewięćdziesiąt? Sto? Właściwie co dzień to oscyluje między siedemdziesiąt a sto. Siedemdziesiąt, osiemdziesiąt, sto, siedemdziesiąt, sto, osiemdziesiąt.... - pokazywałam mu ręką, jak się wspina rollercoaster. Góra, dół, wartość pośrednia.
- A więc sto, to nie jest dla ciebie sto - podsumował psychiatra, wstając i uruchamiając ekspres do kawy. Używał kubków o designie bardzo a propos: wyglądały jak zgniecione pięścią w złości.
Pewnie. Jeśli co dzień się przeżywa napięcie maksymalne, ono powszednieje. Można do niego przywyknąć. Nie zna się wtedy innego działania, niż takie pod presją, ze wszystkimi reakcjami przerażonego organizmu. Kiedy ciśnienie maleje, człowiek sam kreuje sytuacje, które je podniosą. Bo chce wrócić do "środowiska", które zna i potrafi czytać. Logiczne.
Jest niedziela, w mieszkaniu spokojność. Mała Kuzynka siedzi obok na kanapie i czyta. Wygląda bardzo domowo, całkiem owinięta kocem. Trochę posmarkuje, bo ktoś przywlókł infekcję jesienną i rozkichał, więc teraz snujemy się wszystkie z mętnymi oczkami jak dzieci w przedszkolu. Współlokatorka A. pichciła przed chwilą kotlety. Pachną przepysznie, trochę po babcinemu. W łazience suszy się pranie. Płyn do płukania - czystość, chrupkość. Uchylony balkon, dobry wiatr, bo dzisiaj dosyć ciepło. Drzewo Gauguina [tak je nazwałam - przypomina rośliny, które Gauguin malował na swoich wyspiarskich obrazach] łysieje cichutko. Widać je z balkonu. Różowawe chmury, autobusy z oddali. Można jeść wieczór, spokojnie przygotować się na jutro.
Więc dlaczego, dlaczego, dlaczego tak niesamowicie mnie "nosi"? Taki swędzący niepokój. Wrażenie, że albo zrobię zaraz coś nieobliczalnego, albo oszaleję. Wyszłabym z domu i poszła wędrować nocą. Działoby się dużo i gęsto, działoby się źle, miałabym gdzie wlać te swoje sprężone emocje, które się produkują znikąd! Wepchnęłabym je gdzieś, a potem bym o nich zapomniała ze wstydu. Poszłabym kupić piwo, żeby mnie otumaniło.
Irytacja taka, że trudno przebywać z ludźmi [ale rozumiem mniej więcej, co się ze mną dzieje, więc naprawdę pilnuję, żeby nie oberwało się nikomu. To nie ich wina]. Pusto i drażniąco, mimo, że wszystko jest na miejscu. Nie odezwę się do nikogo, mimo, że potrzebowałabym chyba czegoś od innych ludzi.... ale czego konkretnie? Mają mnie przytulać? Żadnych pytań, to na pewno. Nie ma być realnego świata, takiego z przerażającymi zadaniami. Chciałabym magii - żeby mnie ktoś zaciągnął do swojego hermetycznego świata pełnego fajerwerków i poprowadził, i napchał na ciasno historiami. Gdybym już byla w tym świecie, po czasie niedługim zaczęłabym wiercić się przyduszona i warczeć, i pluć tymi cudzymi kolorowościami, bo gdzie miejsce dla moich słów? Wiem, że byłoby tak, ale dążenie, które w tym momencie włazi mi na głowę, jest przemożne.
Mam pięć lat, potrzebuję płakać. Nie mogę płakać, nie ma bodźców. Wciąż przeprocesowuję najnowsze odkrycie, jakie poczynilam już dawno, a ujrzałam w pełnej krasie kilka dni temu [nie jestem gotowa, by mowić o tym].
Nic nie rozumiem, więc zapalę papierosa, choć kompletnie nie mam na niego ochoty. Zaraz doznaję plastycznych wizji gnijącego uzębienia. Ale ten dym:
a)pachnie jak coś z przeszłości, co pamiętam jako dobry czas;
b)przywędzi mnie i kiedy poczuję mdłości, na nich się właśnie skupię, nie na tym, co myślę. A taka chwila rzadkiego odpoczynku bez mózgu na wagę jest złota.
14.10.2013
Natasza idzie do psychiatry, czyli metody myślenia.
Myślę przeważnie wrażeniami i obrazami, ale słów tam nie ma. Tylko stop klatki: sceny, pierwotne nastroje, rodzaje światła, zapachy. Żeby oprawić coś w sposób zrozumiały dla innych, potrzebuję "obejrzeć" wszystkie sekwencje wrażeń jeszcze raz. Jak je oglądam, przeżywam na nowo. Dlatego rzadko decyduję się tak uczynić w stanie pełnej świadomości.
Ponieważ mam zdecydowanie za dużo emocji, przeważnie przypatruję się czemukolwiek bliżej dopiero po pijanemu.
Tyle, że tak nie wolno.
Samoświadomi ludzie potrafią przetwarzać własne wrażenia "na żywca". Ba, nawet im z tym dobrze.
Spróbowałam zrobić schemat "rollercoastera". Nie wyszedł bardzo podobnie ani precyzyjnie, bo to trudno uchwycić. Wydzieliłam na razie trzy najbardziej odczuwalne stany. Między nimi można się wahać kilka razy w ciągu godziny, kilkanaście w ciągu doby [plus xyz stanów pośrednich, których nie umiem scharakteryzować - musiałabym notować na bieżąco]. Czasem jedna z "głównych" opcji panuje przez kilka dni, ale nie ma tygodnia, który byłby cały równy.
Rollercoaster:
1) Euforia [lubię ją] -
Przychodzi nagle. Powiedzmy, że idę ulicą w żadnym konkretnym celu. Nieświadomie rejestruję to czy tamto, ale bez specjalnego myślenia. Nagle pojawia się element, który odczuwam jak kawałek przeszłości : to może być zapach perfum, który ktoś wlecze za sobą, albo światło deszczowe w połączeniu z określonym typem pogody. I już, jestem "wrzucona tam". Wszystko przebarwne, miejsca przedzierzgają się z jednych w drugie. Bardzo specyficzny efekt. Kolory rozbielone, za intensywne, jakby się miało gorączkę.
Tą ulicą chodzę co dzień do pracy, ale "tam" zaczyna wyglądać jak nowe miejsce. Trasa ma kilkaset metrów, ale ja spaceruję kilometrami. Nie jestem już w kraju, w którym jestem, ani w mieście, w którym jestem. Jak wracam "stamtąd", wracam z bardzo daleka. Zachwycona wędruję zaułkami i gubię się, choć znam drogę od lat. To nic, jestem podróżnikiem, explorerem! Hipnotyzujące konfiguracje. Świat się robi przepełniony przepysznymi szczegółami. Trzeba je wszystkie zanotować, zachować! Wyłapać, zeżreć, wchłonąć! Zeżreć tez dosłownie : jedzenie stanowi "tam" rozkosz wręcz zmysłową; smaki- eksplozje, faktury tkanin, ścian czy czegokolwiek innego- pieszczoty, serie maleńkich orgazmów. Nowy pomysł, o, jeszcze jeden, a może tamten...? Wszystkie świetne! Ludzie pasjonujący, wszyscy charyzmatyczni, postaci z filmu! W bramach drzewa, kamienice całe uzbierane z drobnostek. Dachy, klatki schodowe, magiczne labirynty. Wszędzie odniesienia do historii, które znam. Symbole. Rzeźbione drzwi pokryte graffiti jak wystawowa ekspozycja; za ludźmi się ciągną warkocze zapachów - meandry - na parapecie okna opuszczonej kamienicy trzy butelki, jedna od drugiej mniejsza, szkło przy cegłach spod tynku spod napisów - przepyszne! Zrujnowany sklep ma witrynę w przedwojennym stylu, na pewno rzeźbiony kontuar się wewnątrz pojawia o północy i gentlemani, co zginęli w czasie Wielkiej Wojny, przychodzą sobie szyć garnitury.. .
Oprócz zmysłowych wrażeń, które niezmiernie pochłaniają [są cudowne!], wszystko jest wtedy możliwe. Jeśli nawet ktoś mi przypomni o [nie] dawnych lękach, reaguję ze zdziwieniem. Kompletnie nie czuję, że mogłam mieć TAKI problem! W tym momencie wszystko wydaje się perfekcyjnie proste. Otwarte. Robię się bardzo towarzyska : odgrzebuję wszystkie kontakty, nawiązuję je na nowo. Uwielbiam wtedy poznawać nowych ludzi! Rozpoczynam nowe projekty, bo jestem wtedy również najbardziej kreatywna. Piszę mnóstwo, dyskutuję zażarcie, moje projekty biżuterii wzbudzają duże zainteresowanie, bo nie boję się wykorzystywać najdziwniejszych pomysłów.. fotografuję, produkuję collage, przerabiam ubrania. Autentycznie myślę, że wszystkie plany się powiodą. Nie boję się nikogo. Łażę niebezpiecznymi ścieżkami [przecież nic mi się nie stanie - wszyscy są cudowni, jakie zagrożenia...?]. Chodzę sama na imprezy do miasta, do klubów, gdzie nikogo nie znam, a po godzinie jestem epicentrum nowego towarzystwa. Dużo palę, piję, doba trwa w nieskończoność. Czuję się piękna, interesująca, lubię być w centrum uwagi: "wszyscy mnie słuchajcie, wszyscy mnie kochajcie, mnie, mnie, traktujcie mnie w szczególny sposób!" - i robią to, a przynajmniej tak mi się wydaje.
2) Między bajką a przeciążeniem -
Muzyka jest ponad siły. Tak przeszywająca, że na każdy następny dźwięk się trzeba fizycznie przygotować. To już nie muzyka, ale autoagresja. Przyspieszony świat. Za dużo światła, trzeba zgasić. Dźwięki za duże, bolesne, przeszkadzają. Jeśli chodzę po brukowcach, to tylko czubkami butów, jeden na raz. Brukowcowe miniprzepaści. Robi się przemożnie. Jeśli rozmawiam wtedy, to mówię szybko i dużo. Nagłe odgłosy odbieram jako atak. Ludzie są wtedy okropnie groźni: kobiety wyglądają jak własne karykatury, najbrzydsze stworzenia świata o okropnych manierach. Faceci - wszyscy idą wtedy za mną na ulicy, panicznie się ich boję. Zapachy się skręcają w sznury, mój mózg te sznury chce porozkręcać, ale nitki są za drobne. Szpileczki ze wszystkich stron. "Pobudzenie psychoruchowe", mówi Doktorek. "Spokojnie!" - mówią inni.
Nie można usiedzieć[trzeba chodzić]. Nie można czytać[nie pamiętam poprzedniego wersu]. Spanie też idzie kiepsko. Trudno ułożyć kolejność rzeczy do zrobienia. To pierwsze, a może to? [Niekończąca się bieganina]. Podejrzliwość - na pewno wszyscy mnie nie cierpią, są źli na mnie. Boję się wyjść z pokoju, przecież kogoś spotkam! Zachwyt rozmywa się w niepokój. Jakaś taka napięta tęsknota, smutek do płaczu i wrzasku. Niepokoju tego nie można niczym uzasadnić ani zgasić. To wtedy najczęściej używam różnych form autoagresji, żeby "unormować" obraz albo "wymęczyć się" [gdy jestem wyczerpana fizycznie, przychodzi sztuczne otępienie. Czasem wolę to niż niepokój i energię bez końca].
3) Stan pseudodepresyjny-
Światło i pyszności bledną, i cała prześwietlona łapczywość znika. Zostaję sama, strasznie zmęczona. Ciało boli jak po grypie. Spowolnienie. Syf. Samotność, lęk, pusto. Nie czuję się jak człowiek. Już nic nigdy się dobrego nie przydarzy... . Ludzie patrzą za dużo, po co tyle patrzą? Wiecznie czegoś chcą, podchodzą, mówią, wymuszają "interakcje zwrotne" - ponad siły. Ktoś zaczyna rozmowę? To atak, bo trzeba udawać zwyczajne, miłe reakcje. Wyduszają ze mnie dawanie, choć nie mam już rezerwy. Ciało ściśnięte, obdarta skóra, pokrzywy. Chciałabym, ale czego? Zapcham to jedzeniem. Nie mam siły, nie obchodzi mnie. Nie chcę. Nie mogę. Nie widzę. Nie ma przyszłości. Zamknięte pudełko. Sekwencja za sekwencją : czynności nie-do-wykonania-raz-na-zawsze, ileż jeszcze tego można...??!? Ratunku. Paskudztwo, gówno, brudne powietrze. Frustracja i rozpacz. Ciasne podwórko. Dlaczego myślałam, że ten projekt jest świetny, skoro palcem mogę wskazać niedoróbki z odległości metra? W tekstach wszystkie słowa fatalnie skomponowane. Próbuję poprawiać, ale innych słów nie ma. Jestem debilem. Kiedyś potrafiłam, a teraz..? Jestem paskudna, brzydka, wielka - powinnam przestać jeść! [tutaj często zaczynam prowadzić dziennik posiłków i ograniczam je albo eliminuję]. Przycisk wskrzeszający zielone światło na przejściu dla pieszych trzeba przycisnąć dokładnie cztery razy, nigdy mniej. Szczotkę do zębów trzeba strzepnąć.. . Dręczące myślenie. "Dlaczego cztery, ty debilko? Zabierz się do roboty. Nie możesz? No tak, oczywiście! To do ciebie podobne. Kiedyś potrafiłaś [to] i [tamto], ale zmarnowałaś tyle szans! Nic już z ciebie nie będzie. Gdybyś [wtedy] nie zrobiła [tego], lecz [tamto]... powinnaś się zabić. Zrób to. Jeśli się nie uda, zabiorą cię do szpitala i zamkną, będzie spokój. [i tak dalej; średnio akuratny zapis, bo akurat teraz tego nie czuję, a jeśli czegoś właśnie nie "przerabiam", słabo to wrażenie pamiętam. Zawsze jestem tylko "teraz", jeśli chodzi o emocje].
Idę do psychiatry w środę. Właśnie z powodu tych wszystkich "rollercoasterów".
Dawno u takiego lekarza nie byłam. Wymieniłam farmakoterapię [uznałam, że nie przynosiła ona skutków innych niż uboczne] na psychoterapię. Ćpam Doktorkowe interpretacje jak antypsychotyki.
Kiedyś brałam leki regularnie; przez trzy lata przetestowałam całkiem spory zestaw. Zły to był czas - ogólnie, trudno więc ocenić, czy akurat chemikalia zrobiły ze mnie zbombardowane miasto, czy powód był inny. Ja sobie najpierw skojarzyłam degradację ze specyfikami [bezbolesne wytłumaczenie], ale teraz tej pewności coraz mniej. Terapia przynosi wyraźne efekty: więcej rozumiem, dopuszczam do siebie więcej i lepiej potrafię łączyć przyczyny ze skutkami. Więc wtedy było niespokojnie, źle, była przemoc i katastrofy. Teraz jest dobrze i poukładane, a jednak ja ciągle nie jestem poukładana, mimo dobrego czasu, dobrych ludzi, spokoju.. .
Chcę więc usłyszeć - powinnam napychać się czymś więcej prócz dyskusji, czy nie?
Psychiatrę znalazłam w internecie. Ludzie napisali, że się może wydawać dziwny na pierwszy rzut oka, ale to świetny diagnosta. I jedno, i drugie brzmi zachęcająco.
Ponieważ mam zdecydowanie za dużo emocji, przeważnie przypatruję się czemukolwiek bliżej dopiero po pijanemu.
Tyle, że tak nie wolno.
Samoświadomi ludzie potrafią przetwarzać własne wrażenia "na żywca". Ba, nawet im z tym dobrze.
Spróbowałam zrobić schemat "rollercoastera". Nie wyszedł bardzo podobnie ani precyzyjnie, bo to trudno uchwycić. Wydzieliłam na razie trzy najbardziej odczuwalne stany. Między nimi można się wahać kilka razy w ciągu godziny, kilkanaście w ciągu doby [plus xyz stanów pośrednich, których nie umiem scharakteryzować - musiałabym notować na bieżąco]. Czasem jedna z "głównych" opcji panuje przez kilka dni, ale nie ma tygodnia, który byłby cały równy.
Rollercoaster:
1) Euforia [lubię ją] -
Przychodzi nagle. Powiedzmy, że idę ulicą w żadnym konkretnym celu. Nieświadomie rejestruję to czy tamto, ale bez specjalnego myślenia. Nagle pojawia się element, który odczuwam jak kawałek przeszłości : to może być zapach perfum, który ktoś wlecze za sobą, albo światło deszczowe w połączeniu z określonym typem pogody. I już, jestem "wrzucona tam". Wszystko przebarwne, miejsca przedzierzgają się z jednych w drugie. Bardzo specyficzny efekt. Kolory rozbielone, za intensywne, jakby się miało gorączkę.
Tą ulicą chodzę co dzień do pracy, ale "tam" zaczyna wyglądać jak nowe miejsce. Trasa ma kilkaset metrów, ale ja spaceruję kilometrami. Nie jestem już w kraju, w którym jestem, ani w mieście, w którym jestem. Jak wracam "stamtąd", wracam z bardzo daleka. Zachwycona wędruję zaułkami i gubię się, choć znam drogę od lat. To nic, jestem podróżnikiem, explorerem! Hipnotyzujące konfiguracje. Świat się robi przepełniony przepysznymi szczegółami. Trzeba je wszystkie zanotować, zachować! Wyłapać, zeżreć, wchłonąć! Zeżreć tez dosłownie : jedzenie stanowi "tam" rozkosz wręcz zmysłową; smaki- eksplozje, faktury tkanin, ścian czy czegokolwiek innego- pieszczoty, serie maleńkich orgazmów. Nowy pomysł, o, jeszcze jeden, a może tamten...? Wszystkie świetne! Ludzie pasjonujący, wszyscy charyzmatyczni, postaci z filmu! W bramach drzewa, kamienice całe uzbierane z drobnostek. Dachy, klatki schodowe, magiczne labirynty. Wszędzie odniesienia do historii, które znam. Symbole. Rzeźbione drzwi pokryte graffiti jak wystawowa ekspozycja; za ludźmi się ciągną warkocze zapachów - meandry - na parapecie okna opuszczonej kamienicy trzy butelki, jedna od drugiej mniejsza, szkło przy cegłach spod tynku spod napisów - przepyszne! Zrujnowany sklep ma witrynę w przedwojennym stylu, na pewno rzeźbiony kontuar się wewnątrz pojawia o północy i gentlemani, co zginęli w czasie Wielkiej Wojny, przychodzą sobie szyć garnitury.. .
Oprócz zmysłowych wrażeń, które niezmiernie pochłaniają [są cudowne!], wszystko jest wtedy możliwe. Jeśli nawet ktoś mi przypomni o [nie] dawnych lękach, reaguję ze zdziwieniem. Kompletnie nie czuję, że mogłam mieć TAKI problem! W tym momencie wszystko wydaje się perfekcyjnie proste. Otwarte. Robię się bardzo towarzyska : odgrzebuję wszystkie kontakty, nawiązuję je na nowo. Uwielbiam wtedy poznawać nowych ludzi! Rozpoczynam nowe projekty, bo jestem wtedy również najbardziej kreatywna. Piszę mnóstwo, dyskutuję zażarcie, moje projekty biżuterii wzbudzają duże zainteresowanie, bo nie boję się wykorzystywać najdziwniejszych pomysłów.. fotografuję, produkuję collage, przerabiam ubrania. Autentycznie myślę, że wszystkie plany się powiodą. Nie boję się nikogo. Łażę niebezpiecznymi ścieżkami [przecież nic mi się nie stanie - wszyscy są cudowni, jakie zagrożenia...?]. Chodzę sama na imprezy do miasta, do klubów, gdzie nikogo nie znam, a po godzinie jestem epicentrum nowego towarzystwa. Dużo palę, piję, doba trwa w nieskończoność. Czuję się piękna, interesująca, lubię być w centrum uwagi: "wszyscy mnie słuchajcie, wszyscy mnie kochajcie, mnie, mnie, traktujcie mnie w szczególny sposób!" - i robią to, a przynajmniej tak mi się wydaje.
2) Między bajką a przeciążeniem -
Muzyka jest ponad siły. Tak przeszywająca, że na każdy następny dźwięk się trzeba fizycznie przygotować. To już nie muzyka, ale autoagresja. Przyspieszony świat. Za dużo światła, trzeba zgasić. Dźwięki za duże, bolesne, przeszkadzają. Jeśli chodzę po brukowcach, to tylko czubkami butów, jeden na raz. Brukowcowe miniprzepaści. Robi się przemożnie. Jeśli rozmawiam wtedy, to mówię szybko i dużo. Nagłe odgłosy odbieram jako atak. Ludzie są wtedy okropnie groźni: kobiety wyglądają jak własne karykatury, najbrzydsze stworzenia świata o okropnych manierach. Faceci - wszyscy idą wtedy za mną na ulicy, panicznie się ich boję. Zapachy się skręcają w sznury, mój mózg te sznury chce porozkręcać, ale nitki są za drobne. Szpileczki ze wszystkich stron. "Pobudzenie psychoruchowe", mówi Doktorek. "Spokojnie!" - mówią inni.
Nie można usiedzieć[trzeba chodzić]. Nie można czytać[nie pamiętam poprzedniego wersu]. Spanie też idzie kiepsko. Trudno ułożyć kolejność rzeczy do zrobienia. To pierwsze, a może to? [Niekończąca się bieganina]. Podejrzliwość - na pewno wszyscy mnie nie cierpią, są źli na mnie. Boję się wyjść z pokoju, przecież kogoś spotkam! Zachwyt rozmywa się w niepokój. Jakaś taka napięta tęsknota, smutek do płaczu i wrzasku. Niepokoju tego nie można niczym uzasadnić ani zgasić. To wtedy najczęściej używam różnych form autoagresji, żeby "unormować" obraz albo "wymęczyć się" [gdy jestem wyczerpana fizycznie, przychodzi sztuczne otępienie. Czasem wolę to niż niepokój i energię bez końca].
3) Stan pseudodepresyjny-
Światło i pyszności bledną, i cała prześwietlona łapczywość znika. Zostaję sama, strasznie zmęczona. Ciało boli jak po grypie. Spowolnienie. Syf. Samotność, lęk, pusto. Nie czuję się jak człowiek. Już nic nigdy się dobrego nie przydarzy... . Ludzie patrzą za dużo, po co tyle patrzą? Wiecznie czegoś chcą, podchodzą, mówią, wymuszają "interakcje zwrotne" - ponad siły. Ktoś zaczyna rozmowę? To atak, bo trzeba udawać zwyczajne, miłe reakcje. Wyduszają ze mnie dawanie, choć nie mam już rezerwy. Ciało ściśnięte, obdarta skóra, pokrzywy. Chciałabym, ale czego? Zapcham to jedzeniem. Nie mam siły, nie obchodzi mnie. Nie chcę. Nie mogę. Nie widzę. Nie ma przyszłości. Zamknięte pudełko. Sekwencja za sekwencją : czynności nie-do-wykonania-raz-na-zawsze, ileż jeszcze tego można...??!? Ratunku. Paskudztwo, gówno, brudne powietrze. Frustracja i rozpacz. Ciasne podwórko. Dlaczego myślałam, że ten projekt jest świetny, skoro palcem mogę wskazać niedoróbki z odległości metra? W tekstach wszystkie słowa fatalnie skomponowane. Próbuję poprawiać, ale innych słów nie ma. Jestem debilem. Kiedyś potrafiłam, a teraz..? Jestem paskudna, brzydka, wielka - powinnam przestać jeść! [tutaj często zaczynam prowadzić dziennik posiłków i ograniczam je albo eliminuję]. Przycisk wskrzeszający zielone światło na przejściu dla pieszych trzeba przycisnąć dokładnie cztery razy, nigdy mniej. Szczotkę do zębów trzeba strzepnąć.. . Dręczące myślenie. "Dlaczego cztery, ty debilko? Zabierz się do roboty. Nie możesz? No tak, oczywiście! To do ciebie podobne. Kiedyś potrafiłaś [to] i [tamto], ale zmarnowałaś tyle szans! Nic już z ciebie nie będzie. Gdybyś [wtedy] nie zrobiła [tego], lecz [tamto]... powinnaś się zabić. Zrób to. Jeśli się nie uda, zabiorą cię do szpitala i zamkną, będzie spokój. [i tak dalej; średnio akuratny zapis, bo akurat teraz tego nie czuję, a jeśli czegoś właśnie nie "przerabiam", słabo to wrażenie pamiętam. Zawsze jestem tylko "teraz", jeśli chodzi o emocje].
Idę do psychiatry w środę. Właśnie z powodu tych wszystkich "rollercoasterów".
Dawno u takiego lekarza nie byłam. Wymieniłam farmakoterapię [uznałam, że nie przynosiła ona skutków innych niż uboczne] na psychoterapię. Ćpam Doktorkowe interpretacje jak antypsychotyki.
Kiedyś brałam leki regularnie; przez trzy lata przetestowałam całkiem spory zestaw. Zły to był czas - ogólnie, trudno więc ocenić, czy akurat chemikalia zrobiły ze mnie zbombardowane miasto, czy powód był inny. Ja sobie najpierw skojarzyłam degradację ze specyfikami [bezbolesne wytłumaczenie], ale teraz tej pewności coraz mniej. Terapia przynosi wyraźne efekty: więcej rozumiem, dopuszczam do siebie więcej i lepiej potrafię łączyć przyczyny ze skutkami. Więc wtedy było niespokojnie, źle, była przemoc i katastrofy. Teraz jest dobrze i poukładane, a jednak ja ciągle nie jestem poukładana, mimo dobrego czasu, dobrych ludzi, spokoju.. .
Chcę więc usłyszeć - powinnam napychać się czymś więcej prócz dyskusji, czy nie?
Psychiatrę znalazłam w internecie. Ludzie napisali, że się może wydawać dziwny na pierwszy rzut oka, ale to świetny diagnosta. I jedno, i drugie brzmi zachęcająco.
8.10.2013
Wtorek bez Doktorka. Lęk, zmęczenie i zmiany.
Przez 18 miesięcy [odkąd chodzę na terapię] tydzień mój wyglądał zawsze tak samo.
Wtorek, 19:00-19:50 w gabinecie.
Czwartek: 18:30-19:20 w gabinecie.
Żadnych wypadków, żadnych wyjątków. Jedyne trwałe, bezpieczne miejsce, jakie mi się w życiu przydarzyło. Od razu myślę angielskim słowem "consistent".
Doc. raz tylko odwołał serię sesyjną, a to wtedy, gdy miał urlop. Rok temu.
I dzisiaj.
Mimo, że zostałam uprzedzona już tydzień temu, dzisiaj lęk od rana. Zaburzony rytm.
Poranek jak zawsze koszmarny, syzyfowe prace [kąpiel-makeup-się ubieranie - wszystko, co niestety powtarzalne i za nic nie można wykonać tego raz, a dobrze].
Remont fasady kamienicy, więc za oknem rusztowania, a samo okno zaklejone folią od miesiąca. Jeśli nawet nie masz klaustrofobii, to bum - i już masz.
Późniejszym wieczorem [zwykle najlepsze godziny dnia] upiłam się delikatnie, acz konsekwentnie i zafarbowałam włosy na kolor galaktyki. Turkusowy plus fuksja. Zdjęcia później.
Ciężko toleruję zmiany, ale przez ostatnie dni tak bardzo mnie "nosiło" wieczorami! Niezmierne pobudzenie, humor pozornie doskonały, ale ja czułam coś jeszcze pod "pozytywną skórką". Nocą ten humor się rozwijał w niezdolność do spokoju po prostu. Masa fantazji, sny realistyczne nad wytrzymałość. Nie mogłam spokojnie leżeć. Rano prześcieradło na ziemi, myśli na ziemi, ja na ziemi nisko.
W tym tygodniu duży rollercoaster [góra, dół, góra, dół..] .
Przygotowywałam sobie wieczorem kolorowe ubrania, biegałam po mieszkaniu jak nakręcana zabawka, sypałam anegdotami, nie mogłam przestać opowiadać Współlokatorkom o szaleńczych planach [książka samodzielnie napisana do zedytowania i wydania, artystyczne projekty, samomodyfikacje, historie, które następnego dnia wcale nie wydawały się aż tak intensywne]. Śmiech, nie-chcę-spać, chcę-się-bawić.
Rano zmieniałam ubrania na szare, akceptowalne. Zapominałam o poprzednim wcieleniu.Wściekała mnie konieczność wypowiadania słów, pokazywania się publicznie. Żadnego konkretnego myślenia: samo odczuwanie, i to bolesne. Wszędzie wysokie, niebieskie światło, zdecydowanie za ostre. Ledwo potrafiłam znieść moment, gdy się wychodzi z cichej bramy do Świata Wrzeszczącego.
Gdyby nastroje choć raz mogły zostać przez dobę równe.....!
Wtorek, 19:00-19:50 w gabinecie.
Czwartek: 18:30-19:20 w gabinecie.
Żadnych wypadków, żadnych wyjątków. Jedyne trwałe, bezpieczne miejsce, jakie mi się w życiu przydarzyło. Od razu myślę angielskim słowem "consistent".
Doc. raz tylko odwołał serię sesyjną, a to wtedy, gdy miał urlop. Rok temu.
I dzisiaj.
Mimo, że zostałam uprzedzona już tydzień temu, dzisiaj lęk od rana. Zaburzony rytm.
Poranek jak zawsze koszmarny, syzyfowe prace [kąpiel-makeup-się ubieranie - wszystko, co niestety powtarzalne i za nic nie można wykonać tego raz, a dobrze].
Remont fasady kamienicy, więc za oknem rusztowania, a samo okno zaklejone folią od miesiąca. Jeśli nawet nie masz klaustrofobii, to bum - i już masz.
Późniejszym wieczorem [zwykle najlepsze godziny dnia] upiłam się delikatnie, acz konsekwentnie i zafarbowałam włosy na kolor galaktyki. Turkusowy plus fuksja. Zdjęcia później.
Ciężko toleruję zmiany, ale przez ostatnie dni tak bardzo mnie "nosiło" wieczorami! Niezmierne pobudzenie, humor pozornie doskonały, ale ja czułam coś jeszcze pod "pozytywną skórką". Nocą ten humor się rozwijał w niezdolność do spokoju po prostu. Masa fantazji, sny realistyczne nad wytrzymałość. Nie mogłam spokojnie leżeć. Rano prześcieradło na ziemi, myśli na ziemi, ja na ziemi nisko.
W tym tygodniu duży rollercoaster [góra, dół, góra, dół..] .
Przygotowywałam sobie wieczorem kolorowe ubrania, biegałam po mieszkaniu jak nakręcana zabawka, sypałam anegdotami, nie mogłam przestać opowiadać Współlokatorkom o szaleńczych planach [książka samodzielnie napisana do zedytowania i wydania, artystyczne projekty, samomodyfikacje, historie, które następnego dnia wcale nie wydawały się aż tak intensywne]. Śmiech, nie-chcę-spać, chcę-się-bawić.
Rano zmieniałam ubrania na szare, akceptowalne. Zapominałam o poprzednim wcieleniu.Wściekała mnie konieczność wypowiadania słów, pokazywania się publicznie. Żadnego konkretnego myślenia: samo odczuwanie, i to bolesne. Wszędzie wysokie, niebieskie światło, zdecydowanie za ostre. Ledwo potrafiłam znieść moment, gdy się wychodzi z cichej bramy do Świata Wrzeszczącego.
Gdyby nastroje choć raz mogły zostać przez dobę równe.....!
Subskrybuj:
Posty (Atom)