Codziennie rano sprzedawczyni zmiata z wystawy gruby dywan martwych pszczół. Dziesiątki ; trzeba je zasysać odkurzaczem. Wszystkie leżą na boku, zwinięte jak embriony. Przed śmiercią obejmują rękami kolana, a kolana przyciągają do piersiowej klatki (albo raczej można by tak to opisać, gdyby pszczoły miały ręce, kolana i całą resztę).
Z bliska takie brzydkie. Brązowe, na odnóżach puste kieszenie kiedyś przydatne do wypychania pyłkiem. Mimo, że ciałka sztywne i lekkie jak papier (najlepiej chwytać za skrzydła), to jednak wyglądają na bezwładne. Ofiary mnóstwa miniaturowych wypadków, każda w pozycji bezpiecznej. Tycie, pszczele wypadki - kraksy samolotów dla jednego pasażera i samochodów na odnóża plus baterie słoneczne. Miligramy miligramów trucizn, sztylety z trawy, uduszenie od owinięcia szyi czułkami. Głośne kłótnie kochanków („Z cykadą, tak? Ty kurwo, większego ma ode mnie?! Większego, zobacz…?! „ ). Samobójstwa - wspinaczka po szklanej ścianie i upadek w dół, albo czaszką o szybę tak, by szkło i głowa spadły osobno, brukając drewnianą część wystawowego okna żółtawymi flakami („Ohyda” - mruczy sprzedawczyni, chwytając trupy przez chusteczkę - „nie dotknę tego. Że też one muszą być takie durne… „ ).
Patrole wysłane na ratunek wlatują w kanał. Tak, jak ta rodzina, co się utopiła w szambie : jeden facet przypadkiem, potem drugi, żeby go ratować, potem trzeci.. . Pszczołom wysiada komunikacja i radiolokacja, wszystko, co tam jeszcze mają. Mdleją od gorąca,a potem nawet nie trzeba organizować pogrzebu ani nie mogą wrócić do natury, żeby się zamienić w wydmuszkę. Odkurzacz się natomiast zamienia w kolumbarium. „Jakie one durne”, mruczy sprzedawczyni. To musi starczyć za wszystkie epitafia.