Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mózg bez smyczy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mózg bez smyczy. Pokaż wszystkie posty

29.07.2015

Galeria

Codziennie rano sprzedawczyni zmiata z wystawy gruby dywan martwych pszczół. Dziesiątki ; trzeba je zasysać odkurzaczem. Wszystkie leżą na boku, zwinięte jak embriony. Przed śmiercią obejmują rękami kolana, a kolana przyciągają do piersiowej klatki (albo raczej można by tak to opisać, gdyby pszczoły miały ręce, kolana i całą resztę). 

Z bliska takie brzydkie. Brązowe, na odnóżach puste kieszenie kiedyś przydatne do wypychania pyłkiem. Mimo, że ciałka sztywne i lekkie jak papier (najlepiej chwytać za skrzydła), to jednak wyglądają na bezwładne. Ofiary mnóstwa miniaturowych wypadków, każda w pozycji bezpiecznej. Tycie, pszczele wypadki - kraksy samolotów dla jednego pasażera i samochodów na odnóża plus baterie słoneczne. Miligramy miligramów trucizn, sztylety z trawy, uduszenie od owinięcia szyi czułkami. Głośne kłótnie kochanków („Z cykadą, tak? Ty kurwo, większego ma ode mnie?! Większego, zobacz…?! „ ). Samobójstwa - wspinaczka po szklanej ścianie i upadek w dół, albo czaszką o szybę tak, by szkło i głowa spadły osobno, brukając drewnianą część wystawowego okna żółtawymi flakami („Ohyda” - mruczy sprzedawczyni, chwytając trupy przez chusteczkę - „nie dotknę tego. Że też one muszą być takie durne… „ ).

Patrole wysłane na ratunek wlatują w kanał. Tak, jak ta rodzina, co się utopiła w szambie : jeden facet przypadkiem, potem drugi, żeby go ratować, potem trzeci.. . Pszczołom wysiada komunikacja i radiolokacja, wszystko, co tam jeszcze mają. Mdleją od gorąca,a potem nawet nie trzeba organizować pogrzebu ani nie mogą wrócić do natury, żeby się zamienić w wydmuszkę. Odkurzacz się natomiast zamienia w kolumbarium. „Jakie one durne”, mruczy sprzedawczyni. To musi starczyć  za wszystkie epitafia. 

12.12.2014

Sytuacje połączone pomidorami.



Od czasu do czasu myję jasne buzie białym szafkom kuchennym. Tym razem miały na policzkach pomidorowe pestki . Żyłoby się nam lepiej, gdyby szafki były jednak innej rasy.

*

[Myśl uboczna, a raczej po-boczna wizja, gdy obserwowałam towarzystwo ze świata LGBT] szczupła lesbijka pieści miękką cipkę jak dojrzałe pomidory; przydusza palcami, obejmuje miłośnie, wyciska sok.

*

Jem pomidora jak jabłko i idę ulicą szybko, bo mam na dziewiątą umówioną wizytę u lekarza, a jest jakaś dziewiąta pięć.Zawsze się tego lekarza trochę wstydzę, w zasadzie bardziej, niż gdybym się tam miała rozbierać. Psychiatria to strasznie niekonkretna dziedzina: jak można przepisywać kolejne chemikalium tylko na podstawie "jest gorzej", "jest lepiej"?  Za dwieście lat ludzie będą się chwytać za głowy tak samo, jak my na widok wzmianki o sprzedawanym kiedyś bez recepty syropie przeciwbólowym z kokainą.

Lekarz ma na sobie sweter zamiast zwyczajowej marynarki i parującą kawę rozmiaru jumbo obok komputera. Może zaspał. Zawsze zaskakuje mnie rozmiar jego dłoni, bo jak na nieźle zbudowanego faceta ma je wyjątkowo małe. Małe i kobiece. Może mu się wypłukały od wiecznego dezynfekowania albo od krajania trupów na studiach.

Zaczynam opowiadać o pewnej sprawie, której przedtem nie zgłaszałam. Mówię swobodnie. Kończę i zalega cisza, czuję tę ciszę jako ciężką do zniesienia i dosyć karcącą. "Czy zawsze pani tak ma?" - pyta lekarz.
Jak?
 "W ciągu krótkiego czasu przeszła pani od zadowolenia, przez gniew,do płaczu.Nakręciła się pani w ciągu kilku minut.Czy zawsze pani tak miała?"  Nie znoszę wyrażenia "się nakręcać", ale przytakuję,bo to prawda.
 "Terapia poznawczo - behawioralna się kłania. Ma pani potencjał, żeby dobrze funkcjonować. Jest taki moment, zanim się coś powie, kiedy można się temu jeszcze przyjrzeć. U pani jest on krótki, ale polecam obserwować nastroje i to, co chce pani powiedzieć, przeglądać klatka po klatce...". Mówił coś jeszcze dalej, ale ja już wskoczyłam do kadzi pełnej poniżenia, skrępowania, wstydu, irytacji. Po prostu nie mogłam odpowiedzieć. A wal się z tym swoim potencjałem!
 Przez chwilę siedzieliśmy, ja przygięta do krzesła wszechmocną bańką z ołowiu i gorącego szkła, on - a bo ja wiem, co sobie myślał..?

Zamknęłam emocjonalne żaluzje antywłamaniowe, spróbowałam przełknąć mieszaninę z kadzi [nie dało się]. Wstałam dalej w tej bańce, głos znacznie bardziej miękki i uprzejmy,dziękuję bardzo, do widzenia, położyłam pieniądze na biurku i wyszłam. Nie mam pojęcia, co takiego właściwie zrobiłam, ale on też pożegnał mnie znacznie chłodniej niż zwykle.


*

 [Zza okna tramwaju] Na oślep przez tory sadzi mały człowieczek z siatką pełną pomidorów. Jest pękaty i południowy w kolorycie, na twarzy - groteskowy wręcz wyraz "dążenia do". Biegnie na przystanek. Pewnie chce do żony i dzieci, bo na "do pracy" jest już za późno.


27.11.2014

Mózg bez smyczy, czyli pobożne dumania.


W czasie mycia podłóg [która to czynność nie wymaga, jak wiadomo, głębszej myśli] zorientowałam się dzisiaj, że nucę pod nosem mszę Haydna, konkretnie zaś "Credo" rozpisane na tak zwany drugi sopran. *

Automatyczny wybór, dokonany przez odłączony umysł, zaskoczył mnie nieco. Zaczęłam przeżuwać tę papkę i pojęłam, że nucę "pod mopa" akt wiary, coś niecoś znajomy również po polsku. Następnie zaczęłam porównywać słowa łacińskie z polskimi, podjarana i dumna, że wciąż jeszcze, po skromnych wykładach odsiedzianych w czasie studiów, rozumiem łacinę [hell - nomen omen - yeah!].

Potem zdałam sobie sprawę, że - akcydentalnie tudzież ironicznie, bo katolicki obrządek zgłębiłam mało i jeśli obserwuję, to w roli ciekawego zjawiska socjologicznego - a więc, że przypadkiem potrafię się po łacinie modlić. Ale fajnie, myślę sobie : nie miałabym problemu z uczestnictwem w mszy, dajmy na to, w latach czterdziestych ubiegłego wieku. Mało tego, mogłabym również stać w gromadzie ubogich chłopów średniowiecznych, bez wyrozumienia kiwających się w minikościółku krytym słomą [najpewniej]. Uznano by mnie za czołową intelektualistkę [albo czarownicę,bo brak logiki w religijnych biznesach wszyscy znamy]; zostałabym szamanem [albo skwarkiem na stosie]. Zaczęłabym praktykować z czystej próżności, żeby mi składano w darze kobiałki jaj i masło [uwielbiam masło].


A propos modlitw jeszcze, pamiętam, że jako dzieciak pobieżnie zafascynowany dziwacznym, kościelnym światem [komunia!] odmawiałam "wierzę" w wersji patriotycznej, mianowicie: "(...) umęczon pod Polskim Piłatem (...)".



* Śpiewałam w chórze, a jakże. Nie, nie był on kościelny. Tak,miał idiotyczną nazwę [uwaga: Don Diri Don].