Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wizyta u psychiatry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wizyta u psychiatry. Pokaż wszystkie posty

2.07.2015

Szara Strefa.

Czy miewacie wrażenie, że z czasem - niepostrzeżenie,zdradziecko - osunęliście się do czegoś w rodzaju Szarej Strefy? Miejsca na obrzeżach Żywota Normalnego, które jednak trochę jest w stosunku do tak zwanej Normy przesunięte, trochę ma odmienne prawidła, a już na pewno odmienny sens i kłopoty? 

Coś, czego nie da się zobaczyć, ale na pewno da wyczuć. Niewygrzebywalne, a wywęszalne. Myślałam o tym dzisiaj w poczekalni szczecińskiej Kliniki Psychiatrycznej. Choć raczej to była kontynuacja wielkiej refleksji z ZUS-u. Albo, ewentualnie, z taksówki krakowskiej, kiedy panu kierowcy podałam adres wielkiej, znanej kliniki wyspecjalizowanej w głowie. „Czy widać, że jestem nienormalna?” 
Kierowca był bardzo miły. „Jest miły, bo WIE, czy dlatego, bo nie wie?” . 

Kiedyś, kiedy wracałam taksówką po późnonocnej sesji zszywania skutków żyletkowego posiedzenia [bardzo niemiły zespół medyczny], inny taksówkarz zapytał, czy dyżur był ciężki. Roześmiałam się z ulgą, mimo, że miałam za sobą kilka godzin autentycznej ekspozycji i poniżenia. Nie wie. Mogę iść do domu, do pracy. Nie widać.


Ludzie specjalnie traktują świrów. Warto choćby zwrócić uwagę, ile jest w naszym języku odniesień do takich stanów, przeważnie w przekleństwach, w werbalnych odrzuceniach [odniesieniach - jak worek odniesiony do śmietnika]. To jest coś, czego nikt nie chce, i nie dziwota; ale również nikt nie rozumie. Boją się. My się boimy. Nawet, jeśli ktoś wypracuje sztuczną akceptację, która się charakteryzuje niezaskoczoną miną i kontynuacją konwersacji, kłamie. 
Do obciętej nogi można się przyzwyczaić, zwyczajnie brzydka, ale z powodu "dziwnej fazy", na dodatek u każdego przebiegającej odmiennie, odrzucony zostanie borderlinowiec przez borderlinowca, schizofrenik przez schizofrenika. Sama nie rozumiem innych zaburzonych ludzi. Boję się ich, mam wrażenie, że mnie przejrzą na wylot, to znów, że mi zagrażają. Są równie źli i przetrąceni, chaotyczni, jak ja. Oj, parafrazując klasyków, wypierdalam, bom znużon.

Świrolandia leży nieco na uboczu. Składa się z tych, co zapadli w towarzyskie lasy. Na pierwszy rzut oka przeważnie całkiem zdrowi, atrakcyjni i zadbani, takie marnotrawstwo..! Zupełnie dobre ciała, dewastowane i psute dziwnymi mózgami. Szkoda. Nie wiadomo, jak podejść do ludzi tego rodzaju. Nie wiadomo też, jak rozmawiać z wszystkimi innymi po tym, gdy się sytuacja zmienia, gdy zajeżdża człowiek półświadomym transportem na Oddział Zamknięty albo zalewa krwią całe mieszkanie i przychodzą ratownicy medyczni. Jeszcze o tym nie wiesz, ale już zrobione: trafiasz na listę ludzi ze Strefy. Droga powrotu przyblokowana świadomością, że istnieje też Coś Innego. 

Ludzie ze Strefy dają się pielęgniarkom głaskać po policzku i słuchają zapewnień, że wszystko będzie dobrze. Ludzie ze Strefy przetrącają karki, trzymając się za własny. Ludzie ze Strefy nie wiedzą, co jest pięć, ale wiedzą, co jest dziesięć. 

Trudno powiedzieć, czy to się zaczyna przedtem, czy po. Pewnie raz tak, raz tak. W każdym razie trafia człowiek do lekarza - pewnie żeby osiągnąć jakikolwiek poziom refleksji, powinien zgłosić się sam - i Słyszy. Zaczyna zmuszać się do rozmowy na wskroś nienaturalnej, dyskusji pomiędzy mentorem a przejrzystym niewiniątkiem, psychoterapeutą a sobą samym. Nic już nigdy nie będzie tak dzikie, nieświadome, jak było. I lawina ; ciekawość, psychologiczne fora, pierwsze diagnozy, reakcje na pożal się Boże objawienie tego typu; „przecież ja się tak nie zachowuję, chyba ich…!!” 

Przemiany w osobistym siebie obrazowaniu. Powoli odchodzi człowiek od tego, co kiedyś stanowiło sedno żywota. Nie ma już tamtych wytycznych, bo i być nie może, zostały zabrane przez wszystkie nastroje, akty autoagresji, wymyślne pijaństwo i sposób myślenia, którego nikt nie jest w stanie znieść łącznie z osobistym producentem. Trzeba się jednakowoż czegoś chwycić, więc się desperacko szuka innych ludzi. Do „zwykłego” towarzystwa nie ma już startu albo go mieć trudno, więc się wchodzi głębiej między tymczasowo skłopotanych. "Zrozumieją, ja ich zrozumiem". Bez Dodatkowych Okoliczności często wcale byśmy się nie spotkali. 
Rozmawia się o psychologii i terapeutycznych nurtach, chodzi się do lekarza i łyka tabletki, o których działaniu i nazwach jest się wkrótce w stanie powiedzieć więcej niż niejeden farmaceuta [tak samo o skutkach ubocznych i co się dzieje, jak się przedawkuje]. Wszystko się wykrzywia. Takie już zostaje, zostanie. 

Jak ktoś uwalnia się spomiędzy Skłopotanych, pozostaje po nim pasmo żalu pomiędzy kibicowaniem. „Jemu się udało, a mnie jeszcze nie?” 

W Oddziałach, na terapiach się tworzą specyficzne, ochronne mikroklimaty. Każdy każdego o wszystko pyta zupełnie otwarcie. Każdy mówi o swojej nadopiekuńczej matce i emocjach sprzed dziesięciu minut. Pozbywamy się wstydu z powodu porozpieprzanych zasad, poobsrywanych szans. Już nie nieudacznik, teraz po prostu chory psychicznie - szybko wyciągamy z sytuacji swoje ulgowe traktowanie, jakąkolwiek korzyść. Potem trzeba się z takiego ciepłego miejsca wymiksować. Pierwsza wizyta "na zewnątrz" boleśnie stawia przed oczami to, co się udało przez wspólność z innymi świrami tymczasowo od siebie odrzucić: własną cholerną nieudolność, żal. 

"Co u ciebie?" 
W Szarej Strefie możesz odpowiedzieć, że się starasz o przyjęcie na słynny oddział terapeutyczny, czemu nie ;  w tej rzeczywistości to jest w porządku, posiadasz sensowne plany. Na Zewnątrz lepiej o tym nie opowiadać. To znaczy możesz, fizycznie jesteś do tego zdolny, ale raczej wprowadzisz do rozmowy konfuzję i posmak porażki niż cokolwiek innego. Gdyż z punktu widzenia Świata Zewnętrznego nie dzieje się u ciebie nic wartego wzmianki, ba, jest to coś wartego ziemianki w lesie. Jesteś chory. Choroba to bandaże, zapach suchej gazy, słabość, mętne oczy. Fuj, zabierz to ode mnie daleko, a tymczasem chodź na imprezę, napijmy się kolorowo, bądźmy sukcesywni. Opowiem ci o moim nowym związku i o radiowym wystąpieniu, chcesz posłuchać? Zależy mi na twojej opinii.
… A ty tęsknisz za czasami, gdy też mogłeś tak się odezwać i tylko planujesz samobójstwo, gdyby już nigdy więcej podobna historia nie wydarzyła ci się przed trzydziestką. 

To historia miarodajna pod warunkiem, że są jeszcze normalsi, do których się możesz wkręcić na imprezę. Bo prawda tak wygląda, że im dłużej w Strefie, tym bardziej rzeczy i zajęcia niegdyś prozaiczne wydają się nieosiągalne. Święty Graal, praca. Utopia, związek. Legenda, samodzielne mieszkanie. 


-Ma pani rodzeństwo?
- Nie.  - duża twarz rozciąga się ku dołowi, zbyt rzadkie ciasto. Powietrze w szarym pokoju się robi jeszcze bardziej nieruchome, bezpośrednia ilustracja twojej sytuacji. 
-Taka tragedia dla rodziców. ..  - usta skrzywione mniej dynamicznie niż do splunięcia, ale odcień podobny. Nie masz co na to odpowiedzieć, głównie wstyd się wspina po nogach i po płucach płacz, ale przecież nie będziesz się upokarzać przed jakąś kobietą, co nawet ze swoim zafajdanym, medycznym tytułem wygląda jak worek ziemniaków  [całe szczęście, że się nie umalowałaś,wyglądasz dziś źle, znaczy tak, jak powinna wyglądać nieszczęsna osoba w twoim gównianym położeniu]. 
-…więc właśnie chcę przestać być dla rodziców tragedią i przejść terapię, do czego potrzebny mi zasiłek rehabilitacyjny - rzebrzesz. 


Kobieta Ziemniak każe ci się przejść środkiem gabinetu w bieliźnie. 
- Nie ma pani problemów z chodem? - mówi głosem, który sugeruje, że właściwie szkoda, wtedy wnętrze i zewnętrze byłoby do siebie przynajmniej dopasowane, zero straty. - Taka ładna dziewczyna - komentuje, a jest to komentarz ewidentnie negatywny. Jakaś cicha satysfakcja.

Psychiatra, z którą pracuję od przypadku do przypadku, orzekła, że to nieprofesjonalne. Ale to nie Kobieta Ziemniak siedziała w dzień roboczy u psychiatry, tylko ja. Nie Kobieta Ziemniak jechała potem na oddział dzienny miejscowej kliniki ze skierowaniem, żeby na nią popatrzyli z tym daleko - bezpiecznym, pacjentowsko- nieudacznikowskim przełożeniem, tylko ja jechałam i na mnie patrzyli. Oddział dzienny, żeby do reszty się nie osunąć w stagnację i cierpienie, bo nudno, bo pusto, bo nie umiem normy. 
Tylko szybko mnie kwalifikujcie, bo przecież mam wielkie plany, za niecałe dwa miesiące wyjeżdżam do innego szpitala. Tour de Pologne. Bijcie się o mnie, jestem dobrym badawczym materiałem. Niechaj wygram casting na zjeba, zobaczcie, jestem naprawdę fajna, kolana mi się dobrze prostują pod wpływem nienagannych odruchów i trafiam palcem w nos, kiedy oczy zamknę.


W miejscowych szpitalu, katedrze, klinice pracują wysoko postawieni znajomi moich rodziców. Są wszędzie. Mama na głos wyraża zdziwienie, że nie spodziewała się pana X. w roli głowy oddziału. Zastrzega zaraz, że nie dziwi się z mojego powodu, tylko ogólnie. Ja natomiast wiem, że skoro pomyślała, by zastrzec, że nie dziwi się z mojego powodu, to właśnie znak, że dokładnie coś takiego przyszło jej do głowy. 


Wyszliście już z Szarej Strefy? Byliście? Jesteście? Znacie ją?

12.12.2014

Sytuacje połączone pomidorami.



Od czasu do czasu myję jasne buzie białym szafkom kuchennym. Tym razem miały na policzkach pomidorowe pestki . Żyłoby się nam lepiej, gdyby szafki były jednak innej rasy.

*

[Myśl uboczna, a raczej po-boczna wizja, gdy obserwowałam towarzystwo ze świata LGBT] szczupła lesbijka pieści miękką cipkę jak dojrzałe pomidory; przydusza palcami, obejmuje miłośnie, wyciska sok.

*

Jem pomidora jak jabłko i idę ulicą szybko, bo mam na dziewiątą umówioną wizytę u lekarza, a jest jakaś dziewiąta pięć.Zawsze się tego lekarza trochę wstydzę, w zasadzie bardziej, niż gdybym się tam miała rozbierać. Psychiatria to strasznie niekonkretna dziedzina: jak można przepisywać kolejne chemikalium tylko na podstawie "jest gorzej", "jest lepiej"?  Za dwieście lat ludzie będą się chwytać za głowy tak samo, jak my na widok wzmianki o sprzedawanym kiedyś bez recepty syropie przeciwbólowym z kokainą.

Lekarz ma na sobie sweter zamiast zwyczajowej marynarki i parującą kawę rozmiaru jumbo obok komputera. Może zaspał. Zawsze zaskakuje mnie rozmiar jego dłoni, bo jak na nieźle zbudowanego faceta ma je wyjątkowo małe. Małe i kobiece. Może mu się wypłukały od wiecznego dezynfekowania albo od krajania trupów na studiach.

Zaczynam opowiadać o pewnej sprawie, której przedtem nie zgłaszałam. Mówię swobodnie. Kończę i zalega cisza, czuję tę ciszę jako ciężką do zniesienia i dosyć karcącą. "Czy zawsze pani tak ma?" - pyta lekarz.
Jak?
 "W ciągu krótkiego czasu przeszła pani od zadowolenia, przez gniew,do płaczu.Nakręciła się pani w ciągu kilku minut.Czy zawsze pani tak miała?"  Nie znoszę wyrażenia "się nakręcać", ale przytakuję,bo to prawda.
 "Terapia poznawczo - behawioralna się kłania. Ma pani potencjał, żeby dobrze funkcjonować. Jest taki moment, zanim się coś powie, kiedy można się temu jeszcze przyjrzeć. U pani jest on krótki, ale polecam obserwować nastroje i to, co chce pani powiedzieć, przeglądać klatka po klatce...". Mówił coś jeszcze dalej, ale ja już wskoczyłam do kadzi pełnej poniżenia, skrępowania, wstydu, irytacji. Po prostu nie mogłam odpowiedzieć. A wal się z tym swoim potencjałem!
 Przez chwilę siedzieliśmy, ja przygięta do krzesła wszechmocną bańką z ołowiu i gorącego szkła, on - a bo ja wiem, co sobie myślał..?

Zamknęłam emocjonalne żaluzje antywłamaniowe, spróbowałam przełknąć mieszaninę z kadzi [nie dało się]. Wstałam dalej w tej bańce, głos znacznie bardziej miękki i uprzejmy,dziękuję bardzo, do widzenia, położyłam pieniądze na biurku i wyszłam. Nie mam pojęcia, co takiego właściwie zrobiłam, ale on też pożegnał mnie znacznie chłodniej niż zwykle.


*

 [Zza okna tramwaju] Na oślep przez tory sadzi mały człowieczek z siatką pełną pomidorów. Jest pękaty i południowy w kolorycie, na twarzy - groteskowy wręcz wyraz "dążenia do". Biegnie na przystanek. Pewnie chce do żony i dzieci, bo na "do pracy" jest już za późno.


20.10.2013

Nie umiem spokoju.

Niedziela jest obecnie jedynym dniem, który mam wolny.
Zrobiłam to specjalnie.

Tak bardzo jestem przyzwyczajona do Struktur Narzuconych, że bez nich zaraz wyłazi chaos i panika.

Właściwie powinnam napisać : "jesteśmy przyzwyczajeni" - my, współcześni ludzie. Od najmłodszych lat do czegoś się nas wszystkich zmusza. Przedszkole, długie lata edukacji, praca, obowiązki towarzyskie. Narzucone odgórnie godziny funkcjonowania, kierunki działania, hierarchia, jaką należy poważać. Wszędzie się sławi zalety wolności czy wyboru [lub wręcz jednego i drugiego], ale to cholerny paradoks, bo taka rzecz jak wybór po prostu nie jest dana. Bo są inni ludzie, inne obowiązki, potrzeba przynależności. Można się wściec raz czy drugi, trzy razy albo cztery rozpierdolić życie własne i cudze, ale gdzieś jednak należy koniec końców spróbować zapuścić korzenie.

Ja próbuję. Siatka Elementów Koniecznych została, po dwóch latach ciężkiej pracy, niemalże odbudowana. Znalazłam Miejsce, Przyczynę i Ludzi Coraz Bliżej. Generalnie trwa spokój.

- Gdybyś miała określić napięcie, parę pod czajnikiem na co dzień, jak duże byłoby? - zapytał ostatnio psychiatra [notabene najbardziej ekscentryczno - wiarygodny spec, do którego kiedykolwiek trafilam]. - No, szybko. Sto to największa wartość, dziesięć - najmniejsza. Ile?

-Nie wiem, nie wiem - wiłam się na krześle.

-Jak to, nie wiesz. Ile było wczoraj w pracy? A teraz ile jest?

- Teraz pewnie z osiemdziesiąt, bo siedzę w pańskim gabinecie i to mnie stresuje. Wczoraj... no tak, mam teraz nowe obowiązki, więc dziewięćdziesiąt? Sto? Właściwie co dzień to oscyluje między siedemdziesiąt a sto. Siedemdziesiąt, osiemdziesiąt, sto, siedemdziesiąt, sto, osiemdziesiąt.... - pokazywałam mu ręką, jak się wspina rollercoaster. Góra, dół, wartość pośrednia.

- A więc sto, to nie jest dla ciebie sto - podsumował psychiatra, wstając i uruchamiając ekspres do kawy. Używał kubków o designie bardzo a propos: wyglądały jak zgniecione pięścią w złości.

Pewnie. Jeśli co dzień się przeżywa napięcie maksymalne, ono powszednieje. Można do niego przywyknąć. Nie zna się wtedy innego działania, niż takie pod presją, ze wszystkimi reakcjami przerażonego organizmu. Kiedy ciśnienie maleje, człowiek sam kreuje sytuacje, które je podniosą. Bo chce wrócić do "środowiska", które zna i potrafi czytać. Logiczne.

Jest niedziela, w mieszkaniu spokojność. Mała Kuzynka siedzi obok na kanapie i czyta. Wygląda bardzo domowo, całkiem owinięta kocem. Trochę posmarkuje, bo ktoś przywlókł infekcję jesienną i rozkichał, więc teraz snujemy się wszystkie z mętnymi oczkami jak dzieci w przedszkolu. Współlokatorka A. pichciła przed chwilą kotlety. Pachną przepysznie, trochę po babcinemu. W łazience suszy się pranie. Płyn do płukania - czystość, chrupkość. Uchylony balkon, dobry wiatr, bo dzisiaj dosyć ciepło. Drzewo Gauguina [tak je nazwałam - przypomina rośliny, które Gauguin malował na swoich wyspiarskich obrazach] łysieje cichutko. Widać je z balkonu. Różowawe chmury, autobusy z oddali. Można jeść wieczór, spokojnie przygotować się na jutro.

Więc dlaczego, dlaczego, dlaczego tak niesamowicie mnie "nosi"? Taki swędzący niepokój. Wrażenie, że albo zrobię zaraz coś nieobliczalnego, albo oszaleję. Wyszłabym z domu i poszła wędrować nocą. Działoby się dużo i gęsto, działoby się źle, miałabym gdzie wlać te swoje sprężone emocje, które się produkują znikąd! Wepchnęłabym je gdzieś, a potem bym o nich zapomniała ze wstydu. Poszłabym kupić piwo, żeby mnie otumaniło.
Irytacja taka, że trudno przebywać z ludźmi [ale rozumiem mniej więcej, co się ze mną dzieje, więc naprawdę pilnuję, żeby nie oberwało się nikomu. To nie ich wina]. Pusto i drażniąco, mimo, że wszystko jest na miejscu. Nie odezwę się do nikogo, mimo, że potrzebowałabym chyba czegoś od innych ludzi.... ale czego konkretnie? Mają mnie przytulać? Żadnych pytań, to na pewno. Nie ma być realnego świata, takiego z przerażającymi zadaniami. Chciałabym magii - żeby mnie ktoś zaciągnął do swojego hermetycznego świata pełnego fajerwerków i poprowadził, i napchał na ciasno historiami. Gdybym już byla w tym świecie, po czasie niedługim zaczęłabym wiercić się przyduszona i warczeć, i pluć tymi cudzymi kolorowościami, bo gdzie miejsce dla moich słów? Wiem, że byłoby tak, ale dążenie, które w tym momencie włazi mi na głowę, jest przemożne.

Mam pięć lat, potrzebuję płakać. Nie mogę płakać, nie ma bodźców. Wciąż przeprocesowuję najnowsze odkrycie, jakie poczynilam już dawno, a ujrzałam w pełnej krasie kilka dni temu [nie jestem gotowa, by mowić o tym].
Nic nie rozumiem, więc zapalę papierosa, choć kompletnie nie mam na niego ochoty. Zaraz doznaję plastycznych wizji gnijącego uzębienia. Ale ten dym:
a)pachnie jak coś z przeszłości, co pamiętam jako dobry czas;
b)przywędzi mnie i kiedy poczuję mdłości, na nich się właśnie skupię, nie na tym, co myślę. A taka chwila rzadkiego odpoczynku bez mózgu na wagę jest złota.

14.10.2013

Natasza idzie do psychiatry, czyli metody myślenia.

Myślę przeważnie wrażeniami i obrazami, ale słów tam nie ma. Tylko stop klatki: sceny, pierwotne nastroje, rodzaje światła, zapachy. Żeby oprawić coś w sposób zrozumiały dla innych, potrzebuję "obejrzeć" wszystkie sekwencje wrażeń jeszcze raz. Jak je oglądam, przeżywam na nowo. Dlatego rzadko decyduję się tak uczynić w stanie pełnej świadomości.

Ponieważ mam zdecydowanie za dużo emocji, przeważnie przypatruję się czemukolwiek bliżej dopiero po pijanemu.
Tyle, że tak nie wolno.
Samoświadomi ludzie potrafią przetwarzać własne wrażenia "na żywca". Ba, nawet im z tym dobrze.

Spróbowałam zrobić schemat "rollercoastera". Nie wyszedł bardzo podobnie ani precyzyjnie, bo to trudno uchwycić. Wydzieliłam na razie trzy najbardziej odczuwalne stany. Między nimi można się wahać kilka razy w ciągu godziny, kilkanaście w ciągu doby [plus xyz stanów pośrednich, których nie umiem scharakteryzować - musiałabym notować na bieżąco]. Czasem jedna z "głównych" opcji panuje przez kilka dni, ale nie ma tygodnia, który byłby cały równy.

Rollercoaster:

1) Euforia [lubię ją] -
Przychodzi nagle. Powiedzmy, że idę ulicą w żadnym konkretnym celu. Nieświadomie rejestruję to czy tamto, ale bez specjalnego myślenia. Nagle pojawia się element, który odczuwam jak kawałek przeszłości : to może być zapach perfum, który ktoś wlecze za sobą, albo światło deszczowe w połączeniu z określonym typem pogody.  I już, jestem "wrzucona tam". Wszystko przebarwne, miejsca przedzierzgają się z jednych w drugie. Bardzo specyficzny efekt. Kolory rozbielone, za intensywne, jakby się miało gorączkę.

Tą ulicą chodzę co dzień do pracy, ale "tam" zaczyna wyglądać jak nowe miejsce. Trasa ma kilkaset metrów, ale ja spaceruję kilometrami. Nie jestem już w kraju, w którym jestem, ani w mieście, w którym jestem. Jak wracam "stamtąd", wracam z bardzo daleka. Zachwycona wędruję zaułkami i gubię się, choć znam drogę od lat. To nic, jestem podróżnikiem, explorerem! Hipnotyzujące konfiguracje. Świat się robi przepełniony przepysznymi szczegółami. Trzeba je wszystkie zanotować, zachować! Wyłapać, zeżreć, wchłonąć! Zeżreć tez dosłownie : jedzenie stanowi "tam" rozkosz wręcz zmysłową; smaki- eksplozje, faktury tkanin, ścian czy czegokolwiek innego-  pieszczoty, serie maleńkich orgazmów. Nowy pomysł, o, jeszcze jeden, a może tamten...? Wszystkie świetne! Ludzie pasjonujący, wszyscy charyzmatyczni, postaci z filmu! W bramach drzewa, kamienice całe uzbierane z drobnostek. Dachy, klatki schodowe, magiczne labirynty. Wszędzie odniesienia do historii, które znam. Symbole. Rzeźbione drzwi pokryte graffiti jak wystawowa ekspozycja; za ludźmi się ciągną warkocze zapachów - meandry - na parapecie okna opuszczonej kamienicy trzy butelki, jedna od drugiej mniejsza, szkło przy cegłach spod tynku spod napisów - przepyszne! Zrujnowany sklep ma witrynę w przedwojennym stylu, na pewno rzeźbiony kontuar się wewnątrz pojawia o północy i gentlemani, co zginęli w czasie Wielkiej Wojny, przychodzą sobie szyć garnitury.. .

Oprócz zmysłowych wrażeń, które niezmiernie pochłaniają [są cudowne!], wszystko jest wtedy możliwe. Jeśli nawet ktoś mi przypomni o [nie] dawnych lękach, reaguję ze zdziwieniem. Kompletnie nie czuję, że mogłam mieć TAKI problem! W tym momencie wszystko wydaje się perfekcyjnie proste. Otwarte. Robię się bardzo towarzyska : odgrzebuję wszystkie kontakty, nawiązuję je na nowo. Uwielbiam wtedy poznawać nowych ludzi! Rozpoczynam nowe projekty, bo jestem wtedy również najbardziej kreatywna. Piszę mnóstwo, dyskutuję zażarcie, moje projekty biżuterii wzbudzają duże zainteresowanie, bo nie boję się wykorzystywać najdziwniejszych pomysłów.. fotografuję,  produkuję collage, przerabiam ubrania. Autentycznie myślę, że wszystkie plany się powiodą. Nie boję się nikogo. Łażę niebezpiecznymi ścieżkami [przecież nic mi się nie stanie - wszyscy są cudowni, jakie zagrożenia...?]. Chodzę sama na imprezy do miasta, do klubów, gdzie nikogo nie znam, a po godzinie jestem epicentrum nowego towarzystwa. Dużo palę, piję, doba trwa w nieskończoność. Czuję się  piękna, interesująca, lubię być w centrum uwagi: "wszyscy mnie słuchajcie, wszyscy mnie kochajcie, mnie, mnie, traktujcie mnie w szczególny sposób!"  - i robią to, a przynajmniej tak mi się wydaje.


2) Między bajką a przeciążeniem - 
Muzyka jest ponad siły. Tak przeszywająca, że na każdy następny dźwięk się trzeba fizycznie przygotować. To już nie muzyka, ale autoagresja. Przyspieszony świat.  Za dużo światła, trzeba zgasić. Dźwięki za duże, bolesne, przeszkadzają. Jeśli chodzę po brukowcach, to tylko czubkami butów, jeden na raz. Brukowcowe miniprzepaści. Robi się przemożnie. Jeśli rozmawiam wtedy, to mówię szybko i dużo. Nagłe odgłosy odbieram jako atak. Ludzie są wtedy okropnie groźni: kobiety wyglądają jak własne karykatury, najbrzydsze stworzenia świata o okropnych manierach. Faceci - wszyscy idą wtedy za mną na ulicy, panicznie się ich boję. Zapachy się skręcają w sznury, mój mózg te sznury chce porozkręcać, ale nitki są za drobne. Szpileczki ze wszystkich stron. "Pobudzenie psychoruchowe", mówi Doktorek. "Spokojnie!" - mówią inni.
Nie można usiedzieć[trzeba chodzić]. Nie można czytać[nie pamiętam poprzedniego wersu]. Spanie też idzie kiepsko. Trudno ułożyć kolejność rzeczy do zrobienia. To pierwsze, a może to? [Niekończąca się bieganina]. Podejrzliwość - na pewno wszyscy mnie nie cierpią, są źli na mnie. Boję się wyjść z pokoju, przecież kogoś spotkam! Zachwyt rozmywa się w niepokój. Jakaś taka napięta tęsknota, smutek do płaczu i wrzasku. Niepokoju tego nie można niczym uzasadnić ani zgasić. To wtedy najczęściej używam różnych form autoagresji, żeby "unormować" obraz albo "wymęczyć się" [gdy jestem wyczerpana fizycznie, przychodzi sztuczne otępienie. Czasem wolę to niż niepokój i energię bez końca].

3) Stan pseudodepresyjny-
Światło i pyszności bledną, i cała prześwietlona łapczywość znika. Zostaję sama, strasznie zmęczona. Ciało boli jak po grypie. Spowolnienie. Syf. Samotność, lęk, pusto. Nie czuję się jak człowiek. Już nic nigdy się dobrego nie przydarzy... . Ludzie patrzą za dużo, po co tyle patrzą? Wiecznie czegoś chcą, podchodzą, mówią, wymuszają "interakcje zwrotne" - ponad siły. Ktoś zaczyna rozmowę? To atak, bo trzeba udawać zwyczajne, miłe reakcje. Wyduszają ze mnie dawanie, choć nie mam już rezerwy. Ciało ściśnięte, obdarta skóra, pokrzywy. Chciałabym, ale czego? Zapcham to jedzeniem. Nie mam siły, nie obchodzi mnie. Nie chcę. Nie mogę. Nie widzę. Nie ma przyszłości. Zamknięte pudełko. Sekwencja za sekwencją : czynności nie-do-wykonania-raz-na-zawsze, ileż jeszcze tego można...??!? Ratunku. Paskudztwo, gówno, brudne powietrze. Frustracja i rozpacz. Ciasne podwórko. Dlaczego myślałam, że ten projekt jest świetny, skoro palcem mogę wskazać niedoróbki z odległości metra? W tekstach wszystkie słowa fatalnie skomponowane. Próbuję poprawiać, ale innych słów nie ma. Jestem debilem. Kiedyś potrafiłam, a teraz..? Jestem paskudna, brzydka, wielka - powinnam przestać jeść! [tutaj często zaczynam prowadzić dziennik posiłków i ograniczam je albo eliminuję]. Przycisk wskrzeszający zielone światło na przejściu dla pieszych trzeba przycisnąć dokładnie cztery razy, nigdy mniej. Szczotkę do zębów trzeba strzepnąć.. . Dręczące myślenie. "Dlaczego cztery, ty debilko? Zabierz się do roboty. Nie możesz? No tak, oczywiście! To do ciebie podobne. Kiedyś potrafiłaś [to] i [tamto], ale zmarnowałaś tyle szans! Nic już z ciebie nie będzie. Gdybyś [wtedy] nie zrobiła [tego], lecz [tamto]... powinnaś się zabić. Zrób to. Jeśli się nie uda, zabiorą cię do szpitala i zamkną, będzie spokój. [i tak dalej; średnio akuratny zapis, bo akurat teraz tego nie czuję, a jeśli czegoś właśnie nie "przerabiam",  słabo to wrażenie pamiętam. Zawsze jestem tylko "teraz", jeśli chodzi o emocje].



Idę do psychiatry w środę. Właśnie z powodu tych wszystkich "rollercoasterów".

Dawno u takiego lekarza nie byłam. Wymieniłam farmakoterapię [uznałam, że nie przynosiła ona skutków innych niż uboczne] na psychoterapię. Ćpam Doktorkowe interpretacje jak antypsychotyki.

 Kiedyś brałam leki regularnie; przez trzy lata przetestowałam całkiem spory zestaw. Zły to był czas - ogólnie, trudno więc ocenić, czy akurat chemikalia zrobiły ze mnie zbombardowane miasto, czy powód był inny. Ja sobie najpierw skojarzyłam degradację ze specyfikami [bezbolesne wytłumaczenie], ale teraz tej pewności coraz mniej. Terapia przynosi wyraźne efekty: więcej rozumiem, dopuszczam do siebie więcej i lepiej potrafię łączyć przyczyny ze skutkami. Więc wtedy było niespokojnie, źle, była przemoc i katastrofy. Teraz jest dobrze i poukładane, a jednak ja ciągle nie jestem poukładana, mimo dobrego czasu, dobrych ludzi, spokoju.. .

Chcę więc usłyszeć - powinnam napychać się czymś więcej prócz dyskusji, czy nie?

Psychiatrę znalazłam w internecie. Ludzie napisali, że się może wydawać dziwny na pierwszy rzut oka, ale to świetny diagnosta. I jedno, i drugie brzmi zachęcająco.